Szłam do biura Opieki Społecznej, nie wiedząc, jak wszystko się potoczy. Nigdy wcześniej nie „zbuntowałam się" przeciwko matce w żaden sposób, ale ten bunt — wciągnięcie obcych ludzi w moją historię — był nieodwracalny. Byłam przerażona. Wiedziałam tylko jedno: jak spędziłam poprzednią noc, siedząc na skrzynce w pokoju matki, i że to szaleństwo musi się skończyć — choć zupełnie nie byłam przygotowana na to, co miało nastąpić potem.
Jadąc do Opieki Społecznej, próbowałam sobie przypomnieć, co tym razem sprowokowało matkę do wymierzenia mi takiej kary, choć robiła to już wiele razy wcześniej. Zwykle działo się to późno w nocy, gdy większość dzieci w wieku szkolnym leżałaby już w piżamach, ciepło otulona w swoich łóżkach. Matka decydowała wtedy, że zasłużyłam na surową karę. Mogło się to zdarzyć nawet wtedy, gdy nic nie zrobiłam. Matka sama sobie wymyślała rzeczy, które rzekomo popełniłam, żeby we własnych oczach uzasadnić stosowne ukaranie mnie. Musiałam przez wiele godzin siedzieć na skrzynce ustawionej przy ścianie, u wezgłowia jej łóżka. W pokoju było chłodno, a cienka piżama niewiele chroniła przed zimnem ściany przy moich plecach. Matka leżała wygodnie w łóżku, czytając przy zapalonej lampce, podczas gdy ja siedziałam godzinami, zastanawiając się, kiedy wreszcie będę mogła iść spać. Nie rozmawiałyśmy; od czasu do czasu tylko podnosiła wzrok i patrzyła na mnie z nienawiścią. Zazwyczaj ta kara trwała godzinę, może nieco dłużej. Wtedy matka odrywała się od książki i krzyczała na mnie: „Obrzydliłaś mi się, znikaj mi z oczu!" To oznaczało, że mogłam w końcu zwinąć się w kłębek we własnym łóżku i zamknąć oczy, walcząc ze łzami. Kiedy siedziałam na skrzynce w pokoju matki, nie wolno mi było zamykać oczu.
Pamiętam wyraz absolutnej nienawiści na twarzy matki, gdy podnosiła wzrok znad książki i patrzyła na mnie siedzącą na skrzynce. Była to duża skrzynka, dzięki której znajdowałam się na równi z leżącą matką. Nigdy nie rozumiałam, skąd tyle nienawiści. Tak naprawdę pragnęłam tylko jednego — wyrwać się spod jej wzroku i znaleźć w miarę spokojnym miejscu we własnej sypialni. Dzieliła nas tylko szerokość korytarza, ale w moim pokoju matka nie mogła mnie widzieć ze swojego łóżka i mogłam spokojnie zasnąć. Sen był jedyną ucieczką od jej gniewu, a rano wszystko mogło wyglądać inaczej — ale nie tej nocy.
Po trzech godzinach na skrzynce byłam tak zmęczona, że zaczęłam się osuwać na bok. Matka krzyczała do mnie: „Nie waż się zasypiać, siedź prosto!" Mogłam tylko mieć nadzieję, że jeśli będę posłuszna, uwolni mnie od tej kary i pozwoli mi spać. Bałam się prosić o wyjście do łazienki, bo w takich chwilach była zupełnie nieprzewidywalna. Próbowałam dociec, co zrobiłam, że matka chce pozbawić mnie snu. Czy jest cokolwiek, co dziecko mogłoby zrobić, żeby rodzic wymierzył mu taką karę?
Gdzieś we wczesnych godzinach porannych — po sześciu godzinach siedzenia na skrzynce — matka w końcu „pozwoliła" mi iść do mojego pokoju. Pamiętam, jak padłam wyczerpana na własne łóżko i dopiero wtedy pozwoliłam sobie na płacz. Wiem, że tej nocy w ogóle nie spałam. Matka wstała — gdy łaskawie pozwoliła mi opuścić jej pokój — i oznajmiła mi, że „ona" wychodzi! Nie ubrała się; po prostu narzuciła płaszcz na nocną koszulę. Pamiętam, że tej nocy padał deszcz i wzięła ze sobą parasolkę. Patrzyłam z okna mojej sypialni na górze, jak oddala się od domu. Tak zaczyna się noc Czarnej Parasolki…..
Po tym, jak matka wróciła do domu, nie mówiąc do mnie ani słowa, musiałam zasnąć na kilka godzin.
Następnego ranka matka dalej wyładowywała na mnie swój gniew. Po bezsennej nocy, którą spędziłam w płaczu i zamęcie, miałam bardzo opuchnięte oczy i bladą cerę — taką, jaką ma się po nieprzespanej nocy. Poszłam do łazienki, żeby skromnym makijażem, jaki posiadałam, ukryć smutek wypisany na mojej twarzy. Matka jednak nie zamierzała pozwolić mi na ten odrobinę godności. „I nie waż się nakładać tego na twarz! Niech widzą, jaka naprawdę jesteś!" — wyrwała mi z rąk małą kosmetyczkę. Znów wybuchłam płaczem, uświadamiając sobie, jak daleko posunęła się tym razem w swoim gniewie.
Nie byłam złym dzieckiem, ale coraz częściej zastanawiałam się nad nastrojami, w jakie popadała matka. Nie było jednej konkretnej rzeczy, która je wywoływała — po prostu zamieniała się w to szalejące stworzenie, przekonane, że jakoś jej się sprzeciwiam. Wymyślała fantastyczne spiski, w których Mafia albo Zakon Masonów próbował się do niej dobrać. Była pewna, że spiskuję razem z tymi różnymi grupami, choć moje próby przemówienia jej do rozsądku nie przynosiły żadnego skutku. Czego by chciała Mafia od czternastoletniej Niemki z amerykańskim paszportem, mieszkającej z matką i bratem? Pamiętam, jak dzień po dniu żaluzje w domu pozostawały zamknięte, bo matka była przekonana, że „wtedy mogliby nas zobaczyć". Kiedy przychodziły do mnie koleżanki po szkole, po prostu wchodziliśmy w tę grę w spisek i udawaliśmy, że jesteśmy jej częścią. Dzięki temu nie wydawało mi się to takie dziwne, a ponieważ żadna z przyjaciółek nie komentowała tego jako dziwnego zachowania, nadal zakładałam, że wszyscy rodzice tak robią. Siedziałyśmy przy podwieczorku i udawałyśmy, że rozmawiamy przez łyżeczki. Coś jak z filmu o Jamesie Bondzie — z pewnością nie coś, co można by zobaczyć na osiedlu! Matka w drugim pokoju mówiła: „Śmiejcie się i kpijcie sobie, ile chcecie, ale oni tam są, wiem o tym!"
Żadnego gniewu.
Nie zawsze jednak przyjmowała to tak spokojnie. Zdarzało się, że samo przejście obok okna wystarczyło, żeby chwyciła mnie za włosy (zawsze za włosy!) i ściągnęła na podłogę: „Przestań im dawać sygnały!" — krzyczała — „Wiem, że jesteś z nimi w zmowie". Pewnym poczuciem bezpieczeństwa było to, że gdy przyjaciółki były w domu, matka raczej nie traciła głowy tak jak wtedy, gdy byłyśmy same.
Dlaczego ta różnica?
Po tym, jak tego ranka wyrzuciła mnie z domu i kazała iść do szkoły, trafiłam do parku. Wtedy znalazła mnie Carol. Siedziałam na huśtawce i cicho szlochałam, nie wiedząc, co powinnam zrobić. Ranek po nocy Czarnej Parasolki….
Teraz siedziałam w gabinecie pracowniczki socjalnej i odpowiadałam na pytania o spiski wymyślane przez matkę. O formach kar, jakie mi wymierzała, i o tym, jak długo to trwało. Pamiętam, że myślałam, że to przesłuchanie będzie trwało tak długo, aż wszyscy zrozumieją, że nie byłam dobrym dzieckiem i matka miała pełne prawo mnie karać. Wiedziałam, że bez względu na to, co wydarzy się w tym gabinecie, będę musiała wrócić do domu i znów stanąć twarzą w twarz z matką. Będzie wściekła, że rozmawiałam z obcymi ludźmi o rzeczach, które rozumiała tylko nasza rodzina. Ja jednak nie rozumiałam.
Ku mojemu zdumieniu pracowniczka socjalna powiedziała, że nie będę musiała tam wracać i że nigdy więcej nie będę musiała znosić gniewu matki!
Czy to naprawdę się dzieje?
Powiedziałam matce, że nie podoba mi się, że ciągnie mnie za włosy i rzuca na podłogę, bo jej się wydaje, że daję sygnały ludziom na zewnątrz. Nikomu nie dawałam żadnych sygnałów! Ale gdy matka wpadała w jeden ze swoich „nastrojów", każde moje słowo zdawało się podsycać w niej jeszcze większą wściekłość. Nauczyłam się w takich chwilach zamykać w sobie i wyobrażać spokój, który nastanie, gdy jej gniew opadnie.
Pamiętam, jak spojrzałam na Carol i jej matkę, siedzące razem ze mną w gabinecie pracowniczki socjalnej. Na ich twarzach malowało się kompletne niedowierzanie i przez ułamek sekundy zaczęłam myśleć, że może zachowanie matki, które zawsze uważałam za normalne, wcale nie jest czymś, przez co przechodzą wszystkie dzieci. Pracowniczka socjalna słuchała uważnie moich opowieści, robiła notatki i wyraźnie nie stawała po stronie mojej matki. Wiem, że ten dzień zmienił moje życie na zawsze.
Powiedziano mi, że będę musiała wrócić do matki, ale nie sama. Zabrała mnie pracowniczka socjalna i konstablar z Vancouver Police Force — pracowniczka socjalna obawiała się, że matka może stać się agresywna wobec którejkolwiek z nas. Nigdy nie zapomnę zdumienia, jakie poczułam na myśl, że naprawdę nie będę już musiała znosić tych niesamowitych wybuchów matki, które wypełniały moje dzieciństwo. Byłam otoczona dorosłymi, którzy mnie chronili.
Ale obok tego zdumienia pojawiła się rzeczywistość stresu, pod jakim żyłam. Potrzeba było lat, żeby to naprawić, i jeszcze więcej czasu, żeby zrozumieć.
Z domu na osiedlu trafiłam do rodziny zastępczej niedaleko mojej szkoły średniej. Rozkoszowałam się nowo odnalezioną wolnością. Nikt już nie odmawiał mi snu, a moje życie nabrało normalności, jakiej nigdy wcześniej nie znałam. Ale ta normalność przyniosła ze sobą coś, o czym dowiedziałam się później — „ataki paniki wywołane przez zespół stresu pourazowego".
Leżałam w nocy, nie mogąc zasnąć, obok łóżka, w którym spała inna dziewczyna umieszczona w tym samym pokoju, mniej więcej w moim wieku. Ona spała spokojnie, gdy nagle moje serce zaczynało bić tak szybko, że się przerażałam. Potem moje dłonie zaczynały się kurczyć — czułam, że za chwilę zacisną się w pięść, z której już nigdy się nie uwolnię. Współlokatorka budziła się i znajdowała mnie na podłodze, jak desperacko próbuję kolanami powstrzymać dłonie przed kurczeniem się. Płakałam gorączkowo i błagałam dłonie, żeby przestały! To było przerażające uczucie utraty kontroli, którego wcześniej nigdy nie doświadczyłam.
Pamiętam, że moja zastępcza mama, pani Jessop, była przywoływana do pokoju przez roztrzęsioną współlokatorkę. Pani Jessop kucała na podłodze, delikatnie brała mnie w ramiona i kołysała, aż łkanie ustępowało. Przez te kilka chwil czułam się bezpiecznie — czegoś, o braku czego nawet nie zdawałam sobie sprawy. Dom z matką nigdy nie dawał mi poczucia bezpiecznej przystani. Ale dzieci nie kwestionują swoich rodziców — przynajmniej ja nigdy tego nie robiłam. Rządy matki były jedynym, co znałam, i stałam się ekspertką w unikaniu jej częstych nawrotów szaleństwa. Dziś wiem, że właśnie tym to było — kompletnym szaleństwem. A jednak matka potrafiła sprawiać na wszystkich wokół wrażenie zupełnie przytomnego człowieka, radzącego sobie z licznymi trudnościami, jakie los jej zgotował.
Przez tyle chwil powinnam była kwestionować poczytalność matki, ale byłam dzieckiem, które uczyło się odnajdywać w życiu okazującym się bardzo trudnym. Pamiętam, jak jechałyśmy autobusem przez Vancouver i twarz matki przybierała ten wyraz, który zawsze pojawiał się, gdy traciła kontakt z rzeczywistością. Wstawała w autobusie i głośno krzyczała: „Ten mężczyzna śledzi nas od kilku godzin i to musi się skończyć! Panie kierowco, proszę natychmiast zatrzymać autobus i wypuścić mnie z córką!" — na co przestraszony kierowca chętnie przychylał się do jej żądania. Obiekt gniewu matki rozglądał się dookoła, upewniając się, że to właśnie o nim mowa, po czym patrzył z tym charakterystycznym wyrazem twarzy niesłusznie oskarżonego. Starałam się oczami dać tej osobie do zrozumienia, że w słowach mojej matki nie ma ani krzty prawdy — bo przecież byłam z nią przez cały ranek i nigdy wcześniej nie widziałam tego człowieka na oczy.
Wstyd niemal mnie paraliżował, ale i tak zawsze lepiej było szybko wysiąść, zanim ktoś zdążył nam się dobrze przyjrzeć. Zwykle oznaczało to długie czekanie na następny autobus. Stojąc tam w oczekiwaniu, matka odtwarzała w głowie wszystkie miejsca, w których ów człowiek rzekomo czaił się na nią, zanim w końcu pojęła, co się dzieje. Wiedziałam, że muszę milczeć.
Nic z tego nie miało dla mnie sensu, ale byłam dzieckiem. Może te rzeczy miały pozostać tajemnicą. Wiem, że gdy pogoda była zła, stałam obok matki w zimnie i nędzy, nie wiedząc, czy zaraz nie rzuci się słownie na kolejną napotkaną osobę. Stałam skulona i skulona, żeby nikt nie zobaczył mojej twarzy i nie skojarzył mnie z tą kobietą obok. Myślami uciekałam do domu, gdzie ludzie nie denerwowali matki. Przynajmniej na osiedlu jej wybuchy mogły się dziać w zaciszu czterech ścian. Próba ogarnięcia tego wszystkiego jako dorastająca dziewczynka pozbawiła mnie dzieciństwa, którego nigdy nie przeżyłam.
Oczywiście nastroje, które ogarniały matkę, nie zawsze wiązały się ze światem zewnętrznym. Soboty były naszym dniem schodzenia do piwnicy szeregowca — zwanego tak przez mieszkańców, bo te dwupoziomowe mieszkania wchodziły w skład czterorodzinnego budynku. (Dziś nazwalibyśmy je domem w zabudowie szeregowej.) W sobotnie poranki musiałam szczególnie pilnować, żeby nie sprowokować matki. Brat — nigdy główny obiekt jej gniewu — zanim wyszedł z domu, brał mnie na bok i mówił: „Linda, po prostu rób, co każe, i nie denerwuj jej." Łatwo mu było mówić, wychodząc za drzwi. On nie zostawał zamknięty z nią w domu na cały dzień! Od chłopców nie oczekiwano, że będą siedzieć i zajmować się „praniem czy pracami domowymi". Brat mógł swobodnie włóczyć się z kolegami, gdzie tylko chciał. Do tego miał samochód — jeszcze lepszy sposób, żeby całkowicie uciec od szaleństwa otaczającego matkę. W noce, gdy matka była w swoim nastroju, brat mógł nawet spać poza domem — w razie potrzeby mógł przenocować w samochodzie.
Wróćmy do piwnicy w dniu prania...
Nie mieliśmy dużo pieniędzy, więc nowoczesnych sprzętów AGD nam nie było dane posiadać. Mieliśmy starą pralkę z wyżymaczką, którą podtaczałyśmy do dwóch dużych betonowych zlewów do płukania. Wilgotna, pozbawiona koloru drewniana piwnica była przegrodzona wieloma sznurkami na bieliznę — jedynym sposobem suszenia, jaki miałyśmy. Matka i ja stałyśmy godzinami, przepuszczając ubrania z jednego zlewu do drugiego, gdy kolejne partie kończyły pranie w maszynie. Zawsze lubiłam patrzeć, jak wałki spłaszczają ubrania, przechodząc przez wyżymaczkę, po czym odzyskują swój kształt po wpadnięciu do zimnej wody płuczącej. Woda była zawsze tak zimna, że drętwieły mi dłonie. Nie przeszkadzało mi to drętwienie, bo stanowiło mój kontakt z rzeczywistością. Matka mogła odpływać w swój świat złudzeń, a ja pozostawałam w swoim. Zimno w tym pomagało. W ostatnim zlewie była płukanka do tkanin. Pachniała świeżym powietrzem — a właśnie tam najchętniej bym była. Wszystkie przyjaciółki bawiły się na dworze w dziecięce gry, podczas gdy ja w piwnicy, sama, wymykałam się spod gniewu matki.
Jako dorosła kobieta odwiedzałam pewnego razu teściów i poprosiłam, czy mogę wyprać swoje ubrania oraz ubrania męża na drogę powrotną. Był piękny dzień i wiedząc, że teściowa ma sznurek na podwórku, zapytałam, czy mogę powiesić pranie do wyschnięcia na zewnątrz. Gdy wieszałam ubrania, mąż i teściowa wyszli za mną porozmawiać. Zorientowałam się, że umilkli, i odwróciłam się — oboje patrzyli na mnie z dziwną miną. Teściowa powiedziała: „Nigdy w życiu nie widziałam, żeby ktoś wieszał pranie tak idealnie prosto i według rozmiarów!" Byłam znów w tamtej piwnicy, w sobotni ranek.
W piwnicy było chyba osiem sznurków na bieliznę. Po tym, jak matka i ja przepuściłyśmy ubrania przez wyżymaczkę, lądowały w koszu. Moim obowiązkiem było potem wieszanie ich na sznurkach do wyschnięcia. Ale to nie było zwykłe zadanie, do którego można było podejść z rozmachem. Matka NALEGAŁA, żeby ubrania były najpierw otrząśnięte, a potem powieszone według rozmiaru — tworząc rząd idealnie zawieszonych sztuk w kolejności rosnącej lub malejącej. Każdy element należało dwukrotnie strząsnąć przed powieszeniem, a następnie umieścić go idealnie na sznurku — żadnych odchylonych pasków spodni ani nierównych barków koszuli!
Nigdy jednak nie mówiła mi od razu, czy dobrze powiesiłam dany sznurek. Odzywała się dopiero wtedy, gdy skończyłam wieszać cały sznurek. Podchodziła do niego i zrywała z niego każdą sztukę odzieży, patrzyła na mnie i mówiła: „A teraz powieś to porządnie." Wiedząc, że przyjaciółki czekają na dworze, żebym dołączyła do ich dziecięcych zabaw, szybko stałam się ekspertką od wieszania prania!
To wspomnienie nie wypłynęło naprawdę na powierzchnię aż do chwili, gdy teściowa skomentowała sposób, w jaki wieszam pranie — tyle lat później. Jak dobrze umysł dziecka chroni nas przed bólem przemocy! Jeśli powieszenie prania tak, jak chciała matka, oznaczało, że mogę wyjść na dwór — było warte każdej spinki, którą starannie umieszczałam na sznurku!
Życie w rodzinie zastępczej stało się po prostu częścią moich doświadczeń dorastania. Nadal dobrze radziłam sobie w szkole, śmiałam się i rozmawiałam z wieloma dziewczynami mieszkającymi w domu pani Jessop. Byłyśmy tylko dwie jako „podopieczne miejskie" i dwie szczególne dziewczyny z zewnątrz, które pani Jessop szczególnie lubiła. Bycie podopieczną miejską oznaczało, że pani Jessop była naszym prawnym opiekunem. Pozostałe dziewczyny przychodziły i odchodziły jak zmiany pogody. Czasem te tymczasowe dziewczyny miały niesamowite historie do opowiedzenia, zanim odchodziły, żeby kontynuować swoje życie gdzieś indziej.
Pamiętam, że pewnego razu mieszkałam w jednym pokoju z taką tymczasową dziewczyną — Becky. Miała wtedy 15 lat, tak jak ja, ale doświadczyła strony życia, o której mi się nawet nie śniło! Była nastoletnią prostytutką i zadziwiała mnie, jednocześnie fascynując opowieściami o „stałych klientach". Pamiętam, że nosiła drogie ubrania i myślałam, że pewnie dobrze jej idzie! Nigdy nie czułam, że chcę żyć tak jak ona, ale mimo wszystko chętnie słuchałam jej historii.
Pani Jessop mieszkała w domu z zupełnie oddzielnym mieszkaniem na górze. Na dole było co najmniej 4 sypialnie, w każdej po kilka łóżek. Pani Jessop spała na kanapie w salonie. Co wieczór ścieliła sobie łóżko i układała się do snu. Do dziś nie wiem, dlaczego ktoś miałby rezygnować z prywatności, żeby przyjąć pod swój dach tyle trudnych dziewcząt. Wiem, że traktowała nas dobrze, ale posiłki były tak monotonne, że do dziś nie jestem w stanie jeść gotowanej marchewki z prawdziwym entuzjazmem! Gościła na naszym stole każdego wieczoru w tygodniu. Pani Jessop miała jednak swoje ulubienice, do których należałam. Oznaczało to, że przysługiwały nam specjalne przywileje. Po odłożeniu umytych po kolacji naczyń pani Jessop odsyłała pozostałe dziewczyny do sypialni na odrabianie lekcji, podczas gdy nas kilka wybranek obdarowywała specjalnymi smakołykami, które trzymała tylko dla nas. Dzięki tym wspólnym chwilom wytworzyła się między nami więź — byłyśmy tą uprzywilejowaną czwórką.
To poczucie wyjątkowości jeszcze się wzmocniło, gdy pewnego dnia pani Jessop oznajmiła nam, że skoro lokator z góry się wyprowadził, pozwoli „swoim wyjątkowym dziewczynom" mieszkać na górze! Oznaczało to, że byłyśmy praktycznie zdane na siebie — wejście do tego mieszkania prowadziło przez schody na zewnątrz budynku. Żeby wejść lub wyjść, musiałyśmy schodzić tymi schodami, które znajdowały się tuż przed oknem kuchni; pani Jessop mogła w ten sposób czuwać nad naszymi poczynaniami. Poza tym zdążyłyśmy już udowodnić jej, że jesteśmy godne zaufania, i nie było żadnych wątpliwości, że dobrze poradzimy sobie na górze. Nadal musiałyśmy schodzić na dół na kolację z resztą, ale smakołyki przeprowadziły się razem z nami na górę!
W tym czasie adaptacji do nowego życia matka bez przerwy dzwoniła do pani Jessop i prosiła o rozmowę ze mną. Na początku była dość uprzejma — pytała, jak mi idzie i czy jestem szczęśliwa. W pewnym momencie jednak rozmowy telefoniczne zaczęły mnie niepokoić. Matka mówiła mi, jak bardzo zrujnowałam jej życie i jak bardzo jestem nieodpowiedzialna. Zapewniała mnie, że nim się obejrzę, ci ludzie przekonają się, jaka jestem naprawdę zła. I wtedy nie będę miała gdzie uciec.
Pani Jessop zdawała się wyczuwać dokładnie, kiedy te rozmowy zaczynały przybierać zły obrót. Po odkładaniu słuchawki czułam, że mój nowy, kruchy świat już zaraz się posypie pod wpływem ingerencji matki. Pani Jessop rozmawiała ze mną o tych rozmowach i wspólnie zdecydowałyśmy, że nie będę już musiała ich odbierać. Oznaczało to, że po raz pierwszy w życiu matka naprawdę nie będzie mogła przebić się do mojego świata!
Krótko przed tym, jak incydent na huśtawce odmienił moje życie, podjęłam pracę w niepełnym wymiarze godzin po szkole. Lubiłam tę pracę w małej kawiarni. Byłam kelnerką i zmywaczką w jednym. Gdy z przodu nie było ruchu, zajmowałam się myciem naczyń. Pracowałam dla swojego pracodawcy jak należy, bo chciałam udowodnić, że mogę być pożyteczna mimo młodego wieku.
Pan, który prowadził kawiarnię, był świetnym kucharzem i zawsze dobrze mnie karmił. Interesy, które robił z boku — tuż poza zasięgiem mojego słuchu — właściwie mnie nie dotyczyły. Widziałam porozrzucane przy telefonie wydruki z wynikami wyścigów, ale nie zaprzątałam sobie tym głowy. Przy telefonie rozmawiał po chińsku, więc nie słyszałam rozmów, ale nie trzeba było długo czekać, żeby domyślić się, że w zapleczu tej przytulnej kawiarni prowadzi zakłady bukmacherskie. Ludzie przychodzili i wręczali duże sumy pieniędzy, a właściciel często oddawał duże sumy w zamian. Ja tymczasem krzątałam się szczęśliwie i robiłam to, o co mnie poproszono. System działał sprawnie. Aż do dnia, gdy matka znalazła sposób, żeby mi się odegrać za to, że odmawiałam odbierania jej telefonów w domu zastępczym.
Pamiętam, że byłam w kuchni, usytuowanej za ladą. Myłam naczynia ręcznie — bo tak w tej kawiarni to robiono. Usłyszałam, jak otwierają się frontowe drzwi (chyba był do nich przyczepiony dzwonek, żebyśmy słysząc go od zaplecza, wiedzieli, że przyszli klienci). Odruchowo odwróciłam się, żeby sprawdzić, czy wchodzące osoby potrzebują obsługi. Jeśli przychodziły do właściciela, zawsze same przechodziły na tył, do ostatniego stolika.
Ku mojemu absolutnemu osłupieniu przez drzwi weszła matka, a razem z nią dwóch funkcjonariuszy Vancouver Police! Nie mogłam uwierzyć własnym oczom! I wtedy matka krzyknęła: „Lepiej na nią uważajcie, bo ucieka jak królik." Nie potrafię opisać surrealistycznego uczucia, które mnie ogarnęło. Jakbym oglądała kiepski film, w którym niestety sama grałam jedną z ról. Właściciel kawiarni był oczywiście bardzo zdenerwowany na widok dwóch policjantów wchodzących w sam środek jego operacji bukmacherskiej. Odrobinę uspokoił się dopiero, gdy zorientował się, że przyszli po mnie.
Powoli wytarłam ręce w ścierkę i ruszyłam w stronę policjantów, którzy zmierzali ku mnie przez kawiarnię. Pamiętam, że powiedziałam im, że nie mam powodu uciekać. Wskazali mi jedno z tylnych boksów.
Na twarzy matki malował się wyraz, który znałam aż za dobrze, i zrozumiałam, że coś tu jest bardzo nie tak. Gdy siadałam, jeden z policjantów wsunął się obok mnie, jakby miało to zapobiec ewentualnej próbie ucieczki z mojej strony. Matka siedziała po drugiej stronie boksu z drugim policjantem.
Jeden z policjantów poprosił mnie, żebym podwinęła rękaw koszuli. Nie mogłam uwierzyć, co się dzieje! Zrobiłam, co kazano, i przez cały czas nie mogłam oderwać wzroku od twarzy matki. Wydawała się niemal zadowolona z siebie, gdy powiedziała: „widać ślady po igle na jej ramionach, bo się nakłuwa." Nie mogłam uwierzyć w to, co mówi! Przez wszystkie lata szkolne narkotyki były wokół nas. Dwie z moich najbliższych koleżanek ze szkoły średniej zmarły na przedawkowanie heroiny, ale ja NIGDY nawet nie pomyślałam o tym, żeby cokolwiek sobie wstrzyknąć! Tego dnia zrozumiałam, jak daleko moja matka potrafi posunąć się w swoich urojeniach.
Gdy podwinęłam rękaw, odsłaniając ramię, siedzący obok mnie policjant wziął je i zaczął oglądać. W dzieciństwie bardzo cierpiałam na egzemę, która pozostawiła przebarwienia po wewnętrznej stronie obydwu ramion. Między śladami po igle a skórą oszpeconą przez egzemę jest ogromna różnica. Policjanci szybko stwierdzili, że nie jestem narkomanką. Ale to wszystko działo się w moim miejscu pracy, na widoku właściciela i klientów siedzących w kawiarni! To było upokorzenie w czystej postaci! Nic już nie miało być w tej kawiarni takie jak dawniej.
Gdy policjanci zorientowali się, że historia wymyślona przez matkę nie ma żadnego pokrycia w prawdzie, postanowili porozmawiać ze mną o tym, żebym starała się utrzymywać kontakt z matką. Jeden z nich zabrał matkę na zewnątrz, a drugi został i porozmawiał ze mną. Dał mi do zrozumienia, że matka czuje się odcięta ode mnie, bo opiekunka zastępcza nie pozwala nam rozmawiać przez telefon. Jakoś usprawiedliwiało to jej postępowanie — przynajmniej w oczach policjanta. To zdarzenie uświadomiło mi, do czego matka jest zdolna, żeby postawić na swoim. Przez kilka kolejnych miesięcy nie rozmawiałam z nią.
Ale po kilku miesiącach nadszedł Dzień Matki. Nie potrafiłam wyobrazić sobie, żeby jej nie odwiedzić. W domu zastępczym potajemnie zaplanowałyśmy wszystkie świętowanie dla pani Jessop, ale chciałam też być z własną matką. Postanowiłam zadzwonić i zrobić pierwszy krok ku temu, co miało — miałam nadzieję — pomóc zbudować pomost między nami.
Wydawała się zadowolona, że dzwonię, i umówiłyśmy się na godzinę mojej wizyty w Dniu Matki. Cieszyłam się na spotkanie z nią. Matka miała w sobie stronę troskliwą i łagodną — to dopiero gdy wpadała w jeden ze swoich „nastrojów", wszystko wymykało się spod kontroli.
Nadszedł Dzień Matki. Starannie się ubrałam i ruszyłam na przystanek autobusowy. Droga powrotna na osiedle przypominała wszystkie poprzednie razy, gdy jechałam tą samą trasą. Cieszyłam się, że będziemy mogły zacząć od nowa jako matka i córka. W domu zastępczym dziewczyny zebrały się, żeby wręczyć pani Jessop zegar ścienny, który dla niej kupiłyśmy — każda dołożyła, ile mogła. Chciałyśmy, żeby pani Jessop wiedziała, jakim skarbem jest dla nas wszystkich. Dla matki kupiłam kwiaty. Uśmiechałam się do siebie, wysiadając z autobusu i ruszając krótką drogą do naszego szeregowca.
Podchodząc do drzwi domu, zastanawiałam się, czy pukać, czy po prostu wejść. Postanowiłam zapukać. Matka zawołała, żebym weszła. Nadal się uśmiechałam, wchodząc do kuchni. Jej tam jednak nie było. Zawołałam ją i ruszyłam w stronę jadalni. Spotkała mnie tuż za jej progiem. Siła policzka, który mi wymierzyła, rzuciła mnie do tyłu o ścianę, a wyjątkowe kwiaty, które kupiłam, posypały się na podłogę. Na tym starałam się skupić, próbując odzyskać równowagę. Kwiaty wypadły ze specjalnego papieru, w który były zawinięte. Wizja bukietu umieszczonego w wazonie na stole matki rozwiała się.
Matka krzyczała, że wie, co podarowałyśmy pani Jessop na Dzień Matki. Chyba nie mogła pojąć, jak mogę darzyć miłością inną kobietę. Ale nawet nie zwróciła uwagi na kwiaty ani nie doceniła gestu życzliwości, który za nimi stał — spoliczkowała mnie w szale.
Gdy wybiegłam z domu z płaczem, poczułam pewien rodzaj siły. Matka wciąż krzyczała, ale wiedziałam, że nie muszę tam zostawać. W domu zastępczym czekał na mnie pokój, gdzie mogłam znaleźć schronienie. Nikt w domu zastępczym nie miał mi odmawiać prywatności.
Nigdy więcej nie będę musiała znosić kar mojej matki.
Wolność.