English

Linda Villeneuve

Księga Podróży

gawędziarka · edukatorka

przesuń, aby przewrócić stronę
i

Zamiar

Chcę wykorzystać moją stronę, by dzielić się swoimi historiami, ale też by dać innym możliwość dzielenia się ze mną ich historiami. To właśnie poprzez nasze opowieści życie posuwa się naprzód; uczymy się radzić sobie ze wszystkim, co los nam zsyła. Odnawiamy się i odradzamy przez odwagę, jaką niesie ze sobą otwartość.

Wyjątkowość czyjejś historii można zmierzyć jedynie oczami doświadczenia. Wiek określa to, kim jesteśmy — mierzony na tle naszych życiowych przeżyć oraz losów tych, którzy są nam najbliżsi. W miarę jak dorastamy i dzielimy się doświadczeniami z coraz większą liczbą osób spoza naszego bliskiego kręgu, odkrywamy rzeczy, które nas kształtują, definiują i wyznaczają, jakimi ludźmi ostatecznie się staniemy.

Co jednak dzieje się wtedy, gdy doświadczenia sięgające krańców naszej pamięci są tak splątane w bólu i zamęcie, że umysł nie pozwala tym wspomnieniom wypłynąć na powierzchnię? Czy możemy kiedykolwiek naprawdę odkryć, kim jesteśmy lub kim mieliśmy być? Konfrontacja z bolesnymi wspomnieniami może być jednocześnie wyzwalająca i przerażająca. To właśnie ten węzeł chcę rozwiązać poprzez pisanie, z ostatecznym celem, jakim jest napisanie książki o moim życiu.

ii

Opowiadanie historii

Zawsze wiedziałam, że jestem gawędziarką. W poprzednim życiu mogłam być uzdrowicielką i gawędziarką — właśnie to zdaje się stanowić mój wewnętrzny rdzeń; chcę pomagać ludziom i chcę sprawiać, żeby się śmiali. Przez lata humorystyczne opowieści o sobie samej zbliżały mnie do ludzi w każdym wieku; wierzę, że humor otwiera umysł i pozostawia słuchacza z pozytywnymi, skłaniającymi do refleksji myślami.

Opowiadanie historii było szczególnie przydatne, gdy pracowałam w oświacie. Zdarzało mi się zatrzymać w połowie wykładu i powiedzieć do studentów: „Mam dla was pewną historię". Stojąc przed klasą w roli nauczyciela, ma się tę przewagę, że widzi się wszystkich naraz — bo wszyscy zwróceni są ku tobie. Zawsze lubiłam obserwować reakcję studentów na te słowa: mimowolnie pochylali się do przodu, opierali łokcie na ławkach, podpierali brodę dłońmi i patrzyli na mnie z wyczekiwaniem w oczach. Na chwilę odpuszczało napięcie związane z przyswajaniem materiału z wykładu — czekali, aż podzielę się z nimi kolejną historią, aż pozwolę im ujrzeć kolejną cząstkę siebie.

Nie wiedzieli, że opowiadana przeze mnie historia często miała im pomóc zapamiętać treść wykładu. Wydaje się, że wiedza przekazana w formie opowieści, okraszonej humorem, zostaje z nami na dłużej. Wierzę, że dzielenie się historiami o sobie i swoim życiu jest mechanizmem obronnym, z którego świadomie korzystam — opowiedziana na głos historia przestaje tkwić gdzieś w głębi duszy, gdzie mogłaby fermentować, rodząc udrękę, ból lub niekiedy wielką radość i wdzięczność. Im bardziej jakaś sytuacja mnie uszczęśliwia, tym bardziej pragnę się nią podzielić. Moje opowieści nie zawsze są jednak utrzymane w tonie humoru — niektóre są smutne, a nawet mroczne, ale i te muszę wypowiedzieć na zewnątrz: nie po to, by komuś zaszkodzić, lecz by wyposażyć go w coś, co pozwoli mu zmierzyć się z trudnymi chwilami we własnym życiu. To, czego się uczymy, kształtuje nas takimi, jakimi jesteśmy. Mój dziadek mawiał zawsze: dzień bez nauki to dzień mniej owocny.

iii

Samozachowanie

Straciłam kontakt z dziadkami ze strony ojca, gdy miałam 10 lat, i nie widziałam ich aż do dwudziestego pierwszego roku życia. Przez te wszystkie lata starali się utrzymywać ze mną więź — podobnie jak mój nieodpowiedzialny ojciec — lecz moja matka odsyłała wszystkie ich listy i kartki, o czym dowiedziałam się dopiero po latach. Kiedy w końcu znów się spotkałam z dziadkami, pamiętam pewien dzień, gdy siedziałam z dziadkiem w pokoju, delektując się wzajemnym towarzystwem. Odwrócił się do mnie z tym teksańskim zaśpiewem, który tak kochałam słyszeć: „Linda May (był JEDYNĄ osobą, której kiedykolwiek pozwoliłam się tak nazywać), jak udało ci się przetrwać te wszystkie lata dorastania, nie popadając w rozpacz? Większość ludzi zwróciłaby się ku ciemniejszej stronie życia — narkotykom, alkoholowi, prostytucji, ulicy — żeby jakoś poradzić sobie z tym wszystkim, przez co przeszłaś." Właściwie nie rozumiałam wtedy, co miał na myśli — może dlatego, że nigdy nie postrzegałam swojego opowiadania historii jako sposobu radzenia sobie z trudnościami, a może dlatego, że nie dostrzegałam zmagań, które towarzyszyły mi przez całe dzieciństwo. Po prostu przeżyłam.

Dziadek nie mógł też pojąć, dlaczego nie zwróciłam się ku wierze — kościół zawsze był miejscem, gdzie ludzie mogą szukać ukojenia w swoich troskach i czerpać siłę z wiary w wyższą moc. Ja sięgałam po opowieści i po swój dar do rozśmieszania ludzi, do empatii, do dzielenia się, do pomagania innym w przetrwaniu tego, z czym się zmagali. Zaglądanie w głąb siebie jest zawsze przerażające — w ciszy, w samotności — bo może sprawić, że ból, strata i zdrada stają się bardziej realne. Nigdy nie pozwoliłam sobie na to, by poczuć je jako realne. To mogłoby mnie zniszczyć.

iv

Skrzynka z narzędziami

Moje założenie jest takie, że każdy z nas nosi przez życie skrzynkę z narzędziami. W chwili narodzin zawiera ona tylko dwa proste narzędzia: zdolność do płaczu, która przyciąga pomoc w zaspokojeniu naszych potrzeb, oraz zdolność do uśmiechu, która zjednuje nam rodziców. W miarę jak wędrujemy przez życie, nasza skrzynka zapełnia się coraz bardziej, pozwalając nam radzić sobie z nowymi sytuacjami. Dzieląc się z innymi, możemy przekazywać im narzędzia do ich skrzynek — narzędzia, z których sami będą mogli korzystać, a z czasem przekazywać je kolejnym osobom.

Nasza skrzynka z narzędziami ma także potencjał, by nas chronić; wszystkie zgromadzone narzędzia można wyciągnąć w razie potrzeby, by uchronić się przed wieloma zranieniami, których doświadczamy przez całe życie, lub użyć ich jako tarczy, która nie pozwoli bólowi dotrzeć do naszego jądra. Wymaga to oczywiście praktyki oraz regularnego przeglądu narzędzi, które mamy pod ręką. Czuję, że z wiekiem coraz lepiej radzimy sobie z trudnymi sytuacjami; nasz zasób narzędzi stale rośnie, pozwalając nam nie tylko wykorzystywać je na własny użytek, lecz także osłaniać tych, których cenimy.

Narzędzia są wszędzie wokół nas (jak w grze wideo, gdzie przedmioty unoszą się w powietrzu, czekając aż nasza postać obok nich przebiegnie lub podniesie je, eksplorując nowe światy); wystarczy dostrzec potencjał, jaki mogą nam przynieść: przyroda obdarza nas spokojem i zachwytem; współczucie przynosi empatię i uzdrowienie; miłość daje spełnienie i poczucie bezpieczeństwa; wiara przynosi przebaczenie i nadzieję; zwierzęta obdarzają nas lojalnością i ukojeniem; rodzina przynosi radość i poczucie przynależności. Jednak ciemna strona życia — rzeczy, które mój dziadek dostrzegał i które mogły skierować moje życie na zupełnie inne tory — przesłania nam zdolność dostrzegania tych narzędzi wszędzie wokół nas; nasz wzrok mętnieje od nienawiści do samego siebie, samouwielbiania, ciasności umysłu, zaprzeczania, pustki rodzącej się z uzależnienia, gniewu, nietolerancji, odrzucenia. Te i inne rzeczy mogą sprawić, że przeoczymy narzędzia, które są na wyciągnięcie ręki — wystarczy tylko sięgnąć i je chwycić.

Zapytaj kogokolwiek, jak się czuje, spacerując przez piękny las, gdy widoki i zapachy dzikiej przyrody wypełniają nas poczuciem przynależności i akceptacji; w lesie oddycha się pełniej, wszystkie zmysły wyostrzają się, a nasza skrzynka z narzędziami może wzbogacić się dzięki temu doświadczeniu — bierz, co ma ci do zaoferowania.

Twoje miejsce nie musi być pięknym lasem; może być czymkolwiek, co lubisz oglądać lub robić — czymś, czym cieszysz się sam lub może w towarzystwie bliskiej osoby czy ukochanego zwierzęcia. Te chwile, bez względu na to, jak ulotne, zmieniają nas; odchodzimy z czymś, czego nie mieliśmy, zanim do nich dotarliśmy — nowym narzędziem do naszej skrzynki i możliwością podzielenia się potencjałem tego narzędzia z kimś innym.

Dawanie i branie w sposób pełen sensu — to w moich oczach sekret udanego człowieczeństwa; dawanie wymaga tolerancji, branie wymaga akceptacji; żaden człowiek, żadna kultura, wiara ani ideologia nie są w stanie przynieść stuprocentowego sukcesu — musimy zaakceptować to, kim jesteśmy i co posiadamy, by móc wydobyć najgłębsze pokłady siebie samych na światło świata.

v

Wyrusz ze mną w podróż

Czy jesteś nowym gościem na mojej stronie? Jeśli tak, prawdopodobnie zechcesz rozpocząć swoją podróż od początku. Po każdym wpisie szukaj etykiety „Kontynuuj podróż" na dole strony, aby przejść dalej.

Jeśli szukasz najnowszego wpisu, kliknij przycisk „Najnowszy wpis" w menu powyżej. Jeśli nie jesteś pewien, Księga Podróży zawiera je wszystkie.

vi

Księga Podróży

Strona stale się rozrasta o nowe wpisy, w miarę jak Linda pracuje nad ukończeniem książki. Tutaj znajdziesz listę wszystkich wpisów w kolekcji, zaczynając od najnowszych. Możesz też zacząć od początku i szukać linku „Dalej" na dole każdego wpisu, aby przechodzić do kolejnych, jeden po drugim.

Czy zasłużyłem na prawo do żałoby

Nigdy nie zapomnę tego poniedziałku… Przygotowywałam się do kolejnego dnia zajęć w Okanagan College w Salmon Arm w Kolumbii Brytyjskiej; byłam sama w domu, bo mój mąż wyjechał w trasę; zadzwonił telefon.

Zobaczyłam, że dzwonią z domu opieki w Albercie, gdzie mieszkała moja mama. Dwa tygodnie wcześniej skontaktowali się ze mną, żeby poinformować, że mama została przewieziona do szpitala z powodu infekcji pęcherza, która nie reagowała na leczenie. Czuła się dobrze — chcieli jedynie zastosować bardziej intensywną terapię. Rozmawiałam z mamą wkrótce po jej przewiezieniu do szpitala; pielęgniarka zaniosła telefon wprost do jej pokoju, więc mogłyśmy porozmawiać. Była w dobrym nastroju i nie mogła się doczekać powrotu do zdrowia.

W następnym tygodniu, gdy nadszedł Dzień Matki, postanowiłam zadzwonić do mamy jeszcze raz — żeby złożyć jej życzenia i dać znać, że mamy dla niej niespodziankę. Oczywiście pielęgniarki były tego dnia bardzo zajęte, więc zamiast rozmawiać z mamą, poprosiłam tylko, żeby przekazały jej, że dzwoniłam. Szybko zapytałam, jak się czuje, a pielęgniarka powiedziała, że zjadła dobry śniadanie i narzekała na jedzenie — pewny znak, że dochodzi do siebie. 

Kiedy więc tego poranka, gdy szykowałam się do pracy, odebrałam ten telefon, spodziewałam się, że dzwoni personel domu opieki, żeby powiedzieć mi, że mama wróciła już na swoje miejsce. Tymczasem dyrektor domu opieki powiedział mi, że mama odeszła we śnie poprzedniej nocy. 

Pamiętam, że nie byłam w stanie mówić — chyba tylko tyle zdołałam wydukać, że nie mogę teraz rozmawiać, i rozłączyłam się. Wiem, że opadłam na kolana w oszołomionym milczeniu, nie wiedząc, co zrobić dalej. Nagle poczułam, że muszę podejść do komputera. Ogarnęła mnie przemożna potrzeba, by wypisać to, co czułam w tamtej chwili. Słowa same wypływały z mojego umysłu, niemal szybciej, niż byłam w stanie je zapisać… 

Czy mam prawo do żałoby? Czy mogę usprawiedliwić opłakiwanie matki, która wielokrotnie narażała mnie na nawałnicę emocji, sama zmagając się ze swoimi demonami? Przez całe życie byłam narażona na matkę gwałtowną w jednej chwili i płaczliwą w następnej — kroczyłam po linie rozpiętej nie z własnego wyboru, lecz przez kobietę, która nie znała granic swojej paranoi, gniewu i urojeń. Problem polegał na tym, że nigdy nie wiedziałam, która twarz mojej matki przejmie kontrolę w danej chwili. Zmiana mogła nastąpić bez ostrzeżenia, bez powodu — przed chwilą mówiła jak przyjaciółka i matka, a już w następnej chwili mówiła głosem z otchłani swojego szaleństwa.  Desperacko szukam jakiegoś cennego wspomnienia, które nie byłoby naznaczone zamętem, przesiąknięte oskarżeniami ani zdominowane przemocą. Z tych poszukiwań wyłaniają się jedynie drobne przebłyski szczęśliwych wspomnień — ale i te przysłania chęć pominięcia mrocznej strony nawet tych nielicznych chwil.  Jak ktoś, kto desperacko szuka sprawiedliwości w sytuacji wołającej o niesprawiedliwość. Jak mam czcić pamięć kobiety, która tak głęboko zraniła moją duszę?

Konfrontacja nigdy nie wchodziła dla mnie w grę.  Prosić matkę, żeby uzasadniła swoje zachowanie wobec mnie, to jak prosić kogoś niewidomego, żeby opisał kolory bólu i udręki.  Przebłyski czerwieni i czerni, oślepiająca biel, przesuwające się gwałtownie przez okno w moim umyśle — przecięte czarnymi zygzakami wybuchającymi za zamkniętymi powiekami; zamęt nie do opisania, wzbudzany przez zbliżającą się przemoc, która nie znała żadnych hamulców. 

Błaganie niewiele łagodziło gniew podsycający wybuchy mojej matki.  Gniew ukryty w głębi jej własnej zranionej przeszłości — przemoc, o której nie wątpię, że zadali jej ją ci, którzy powinni byli ją kochać i dać jej poczucie bezpieczeństwa.

Ogarnia mnie przemożna potrzeba rozmowy z jedyną pozostałą osobą bliską, która była świadkiem udręczonego dzieciństwa mojej matki.  Lecz nawet to ostatnie ogniwo łączące mnie z przeszłością mamy skrywa się za gniewem wymierzonym tak niesprawiedliwie w nią samą. W zmaganiach mojej matki o odrobinę zdrowia psychicznego w jej pokręconym dzieciństwie nie było żadnych sprzymierzeńców — była sama, usiłując przepracować ból odrzucenia, terror przemocy i koszmar nadużyć.  Rolą dziecka nigdy nie powinno być próbowanie zrozumienia pokręconych lat życia własnej matki. Jak mamy wziąć to ograniczone doświadczenie, jakie sami zdobyliśmy na świecie, i naprawić to, co wydarzyło się, zanim byliśmy choćby myślą w czyimś pragnieniu posiadania dziecka? Nie było możliwości, by wyrwać moją matkę z rąk jej oprawców ani zetrzeć blizn, które wyżłobili głęboko w jej duszy.  Z tego właśnie mama próbowała wykuć jaśniejszą wizję tego, jakim świat powinien być — wizję, której nie potrafiła wydobyć spod głębokich nacięć składających się na jej jestestwo. Jej życie jest tak tragiczne, że wiem w głębi serca, że muszę jej wybaczyć całą krzywdę, jaką mi wyrządziła, spędzając całe życie w poszukiwaniu miłości i akceptacji. Ta historia na zawsze pozostanie tragiczna, a moja walka o miłość do mamy — mimo wszystko — zawsze będzie wprawiać w zakłopotanie tych wokół mnie.  Tak, kochałam mamę jako tę, która sprowadziła mnie na ten świat. Na swój sposób była moją orędowniczką — moją, niezależnie od okoliczności — i za to jedynie będę ją kochać bez końca.

Słowa dobiegły końca…

Dokończyłam przygotowania do zajęć i poszłam do pracy. Kiedy stanęłam przed studentami, powiedziałam im, że chciałabym się czymś z nimi podzielić i mam nadzieję, że nie będą mieli nic przeciwko. Opowiedziałam im o odejściu mamy, a potem zapytałam, czy pozwolą mi im coś przeczytać.

Gdy przeczytałam słowa, które tamtego ranka wyrwały się na powierzchnię, pamiętam, że wszyscy mieliśmy łzy w oczach i nagle znaleźliśmy się w ciasnym, wspólnym uścisku. Było to niezwykle oczyszczające — zdołałam poukładać swoje burzliwe myśli o relacji z mamą i mogłam przyjąć ciepło i uzdrowienie płynące z grupowego objęcia. To wydawało się wszystkim, czego potrzebowałam, bo byłam w stanie zostać przez cały dzień i prowadzić zajęcia. Nie potrzeba już było więcej słów — byłam w zgodzie ze swoimi uczuciami.

Czarny Parasol

Noc była chłodna, wypełniona tym szczególnym blaskiem deszczu, który odbija się od tworzących się kałuż stojącej wody.  Wszystko, czego deszcz dotyka, rozświetla się w sposób niemal surrealistyczny. Takie właśnie myśli przepływały przez mój umysł, gdy zbiegłam na dół, żeby zamknąć Mamę na zewnątrz naszego domu.  To była kolejna z tych nocy, kiedy odebrano mi możliwość spania. Mama była w jednym ze swoich nastrojów i po raz kolejny byłam zmuszona siedzieć wyprostowana na kartonie, zamiast wylegiwać się w łóżku, śniąc o wszystkich cudownych rzeczach, o których śnią nastolatki.  Mama leżała w swoim łóżku, trzymając się nawyczkowo jednego jego brzegu, jak gdyby wciąż miała nadzieję, że ktoś nagle wróci do domu i zajmie to miejsce. Czy wszyscy robimy tak w pewnym momencie życia, gdy z jakiegokolwiek powodu zostajemy sami — zostawiamy drugą stronę łóżka pustą, z własną poduszką i kołdrą?  To zapewne były niektóre z myśli krążących mi po głowie, gdy kazała mi siedzieć na tym kartonie. Jedyna inna myśl, która zawsze nawiedzała mnie w takich chwilach, to pytanie: dlaczego? Co mogłam uczynić, żeby zasłużyć na taką formę znęcania się?  

Oczywiście w tamtych czasach tego rodzaju przemoc nie była w żaden sposób rozpoznawana ani klasyfikowana.  Siedziałam godzinami, próbując wymyślić, co mogłabym zrobić, żeby uniknąć tej kary w przyszłości.  Lecz gdy nie masz pojęcia, co w ogóle wywołało dane zachowanie, jak możesz starać się nie powtarzać tego, czego nie rozumiesz.  Pamiętam, że od czasu do czasu odchylałam głowę na ścianę dla podparcia i zamykałam oczy, ale zawsze wyrywał mnie z powrotem do rzeczywistości chrapliwy głos Mamy: „LINDA, nie waż się zasnąć!" I tak trwało dalsze oczekiwanie. 

Wiedziałam, że w końcu Mama pokona gniew, który nią wówczas targał, i każe mi zniknąć jej z oczu.  Na ten wyrok czekałam, żeby móc przebiec przez krótki korytarz do schronienia swojej sypialni. Mogłam w końcu zamknąć oczy, pewna, że furia tamtego wieczoru już nie powróci.  Tym razem jednak było inaczej. 

Mama wydawała się tej konkretnej nocy wyjątkowo rozjuszona i zamiast kazać mi zniknąć jej z oczu, wyskoczyła z łóżka i krzyknęła, że mnie zostawia i że nigdy nie wróci.  Czy to możliwe? Czy mogłam pójść za nią po schodach, przez salon, jadalnię i kuchnię, pokonać ostatnie trzy stopnie do tylnych drzwi i ZAMKNĄĆ je za nią na klucz? To wydawało się tak prostym rozwiązaniem, a ona sama podjęła tę akcję, co oznaczało, że nikt nie mógł mnie o to winić.  Naprawdę? Nie poszłam za nią od razu — zamiast tego rzuciłam się z mojego kartonu w pokoju Mamy wprost do swojej sypialni. Ponieważ sypialnie znajdowały się na piętrze, mogłam dosłownie patrzeć z góry na Mamę, gdy mnie opuszczała, obserwując, jak czarny parasol, który niosła, nabierał lśniącego blasku, jaki krople deszczu nadawały wszystkiemu na swojej drodze w dół.

Pamiętam, jak uśmiechnęłam się do siebie, patrząc, jak odchodzi od domu, myśląc, że w końcu pozbyłam się tej kobiety, która sprawiała mi tyle bólu.  Właśnie wtedy zdałam sobie sprawę, że jeśli zbiegłabym po schodach i zabezpieczyła tylne drzwi zasuwą, Mama nie mogłaby już nigdy wrócić do środka.  Byłabym wolna od dręczyciela, którym się stała! Przebiegłam przez zimny dom jak błyskawica! I oto zasuwa była zamknięta! Nikt nie mógł teraz wejść do domu bez mojej zgody.  Mogłam otwierać lub zamykać drzwi na zewnątrz tylko wtedy, kiedy sama chciałam. Wbiegłam z powrotem na górę do swojego pokoju i z radością skoczyłam na łóżko. Byłam od niej wolna i czułam się wyzwolona. Lecz gdy tak leżałam, zaczęłam się zastanawiać: dokąd ona pójdzie?  Czy mogę zostać pociągnięta do odpowiedzialności za zamknięcie przed nią drzwi? Może to nie był koniec moich udręk, lecz coś, co przerodzi się w coś jeszcze straszniejszego! Co ja narozrabiałam? Postanowiłam jeszcze raz spojrzeć przez okno, żeby sprawdzić, czy Mama przypadkiem nie wraca w stronę domu i wkrótce nie stanie przed drzwiami, które teraz były dla niej zamknięte.  Czy w ogóle miała przy sobie klucz? Czy pomyślała o zabraniu klucza, gdy groziła, że nigdy nie wróci? Teraz się bałam! 

Lecz gdy przeszukiwałam wzrokiem lśniącą nocną scenerię za oknem sypialni, nagle Mama znów pojawiła się w moim polu widzenia.  Byłam przerażona. Nie było już czasu, żeby tym razem znów zbiec po schodach, odblokować zasuwę i wrócić do swojego pokoju, zanim dojdzie do tylnych drzwi i wpuści się do środka. 

Czas zdawał się wówczas niemal zatrzymać, bo ze zdumieniem uświadomiłam sobie, że Mama po prostu krąży i krąży wokół naszego czterorodzinnego budynku.  Czarny parasol przecinający deszcz chronił ją przede mną — właściwie chronił mnie przed jej wzrokiem, o ile w ogóle patrzyła w górę na piętro. Wstrzymałam oddech i czekałam na jej następny ruch.  Przeszła obok tylnych drzwi, ale kontynuowała marsz po okrągłym chodniku opasującym cały budynek. Znów zniknęła mi z oczu. Musiałam działać!  Zbiegłam na dół, żeby odblokować drzwi, które jeszcze przed chwilą traktowałam jako swoją ochronę przed szaleństwem Mamy.

Sądzę, że okrążyła budynek jeszcze kilka razy, zanim wróciła do domu.  Byłam wtedy rada, że podjęłam decyzję o odblokowaniu zasuwy. Nie chciałam naprawdę Mamy z powrotem, ale nie chciałam też wywoływać jej gniewu.  To był logiczny krok. 

Pamiętam, że udawałam śpiącą, słysząc kroki Mamy na schodach.  Wstrzymywałam oddech, mając nadzieję, że wieczorne dramaty dobiegły wreszcie końca. Ona rzeczywiście po prostu weszła do swojego pokoju i położyła się z powrotem do łóżka. 

Czy można poczuć błogość w takiej chwili?  To, że nie wywołałam ponownie jej gniewu, wydawało mi się czymś dobrym.  Podjęłam właściwą decyzję.

Ranek po Czarnym Parasolu

Wyjątkowość czyjejś historii można zmierzyć jedynie przez pryzmat doświadczenia. Wiek określa, kim jesteśmy, mierzonych na tle naszych życiowych przeżyć oraz życia tych, którzy są nam najbliżsi. W miarę jak dorastamy i dzielimy doświadczenia z coraz większą liczbą ludzi spoza naszego wewnętrznego kręgu, odkrywamy rzeczy, które nas kształtują, definiują i decydują o tym, jaką osobą ostatecznie się staniemy.

Co się dzieje, gdy doświadczenia sięgające najdalszych krańców naszej pamięci są tak splątane z zamętem i bólem, że umysł postanawia nie dopuszczać tych wspomnień do powierzchni? Czy możemy kiedykolwiek naprawdę odkryć, kim jesteśmy albo kim mieliśmy się stać? Konfrontacja z bolesnymi wspomnieniami może być równocześnie wyzwalająca i przerażająca.

Moje wspomnienia są ulotne i zupełnie przypadkowe; pojawiają się z wyrazistą jasnością lub jako mglisty błysk; rzadko bywają szczęśliwe, niekiedy zdają się odległe i niepokojące. To właśnie one stanowią fundament tego, kim jestem dziś, a to, czego się z nich nauczyłam, ukształtowało mnie taką, jaką jestem.

Chęć przewidywania zdarzeń była jedynym sposobem, w jaki byłam w stanie przetrwać.  Jeśli potrafiłam zanalizować sytuację i wykonać ruch, zanim coś nastąpiło, być może zdołałam przeżyć kolejny dzień.  Trochę jak widzenie wszystkich kart w grze w remika — wiedziałabyś, żeby nie zbierać trefl, gdyby ręka przeciwnika była pełna trefl.  Nie dlatego, że lubię oszukiwać w kartach, ale ta analogia sama mi przyszła do głowy i przypomniała mi o grze. Sądzę, że stąd brała się też moja potrzeba organizowania wszystkiego.  Mogłam tworzyć harmonię i porządek w moim własnym małym świecie, nawet jeśli wszystko wokół mnie wymknęło się zupełnie spod kontroli. I powiedziawszy to, przypuszczam, że właśnie tutaj tkwiły korzenie mojej potrzeby, by mieć wszystko czyste.  Jeśli wokół mnie panował porządek, czystość i harmonia, moje życie byłoby takie samo. Przynajmniej zawsze tak miałam nadzieję.

Jeśli zamknę oczy, mogę przywołać tamten dzień tak wyraźnie, jakby to było wczoraj.  Uczucie przytłaczającej bezsilności, jakiej jeszcze nigdy wcześniej nie doświadczyłam.  Nie powinno to być nowe uczucie po wszystkich tych zdarzeniach przez lata, a jednak czułam, że tym razem jest inaczej.

Był jesienny dzień w Vancouver, szare niebo i nieodłączna zapowiedź deszczu w powietrzu.  Park, do którego się dowlokłam, był oczywiście pusty. Wszystkie dzieci zmierzały na poranne lekcje.  Ten park leżał na mojej zwykłej drodze do szkoły. Szłam nim, gawędząc z przyjaciółkami w drodze do liceum.  Tego ranka park stał się moją przystanią.

Nie miałam pojęcia, co zrobię, ale po raz pierwszy w życiu uświadomiłam sobie, że nie będę w stanie wrócić.  Tak właśnie znalazła mnie Carol — siedzącą na huśtawce, z łzami spływającymi po twarzy. 

Carol była w moim wieku, miała 15 lat i mieszkała z rodzicami w ostatnim domu przy granicy z popularnym parkiem.  Zwykle nie wychodziła z domu spóźniona, ale tego dnia wybiegła, licząc, że nadrobi stracone minuty, biegiem pokonując część drogi do szkoły.  Zamiast tego wpadła wprost w sam środek straszliwej rodzinnej tajemnicy.

Nigdy nie myślałam o naszej rodzinie jako o czymś różnym od wielu innych rodzin mieszkających wokół nas w osiedlu komunalnym.  Moja matka była samotną matką, choć w tamtych czasach nie używało się jeszcze tego określenia. Nasza rodzina byłaby opisana jako rozwiedziona kobieta z dwójką nastoletnich dzieci.  Można było się spodziewać, że ktoś w sytuacji mojej matki będzie musiał korzystać z pomocy państwowej, więc nikt na nas nie patrzył z góry. Nasz los był udziałem wielu rodzin zamieszkujących to wielkie osiedle, znane jako „blokowisko".  Ta nazwa ułatwiała wszystkim rozróżnienie. Szereg za szeregiem budynków w kształcie pudełka po butach, malowanych na posępną biel, każde mieszkanie będące domem dla ludzi, którzy są żywym dowodem na to, jak tragedia może dotknąć zwykłych ludzi. 

Nie pamiętam samej rozmowy, która odbyła się, gdy Carol na mnie natrafiła.  Pamiętam tylko, że zabrała mnie do domu i przedstawiła swojej matce. To było wszystko, co mogła zrobić, bo od dzieci nie oczekuje się odpowiedzi na trudne pytania — od tego mamy rodziców.  Fakt, że miałam tylko jednego rodzica, nie wywierał na mnie wielkiego wrażenia. Wiedziałam, że mój ojciec mieszka gdzieś w Kalifornii, ale nigdy nie podjął żadnej próby skontaktowania się z nami.

Wojna wietnamska sprawiła, że skład naszej rodziny uległ zmianie.  Mój ojciec służył w Marynarce Wojennej Stanów Zjednoczonych i był stacjonowany w bazie lotniczej Miramar (tej, która później stała się sławna dzięki filmowi TOPGUN z Tomem Cruisem).  Gdy ojciec dostał rozkaz dołączenia do wojsk amerykańskich w Wietnamie, matka postanowiła, że łatwiej zniesie jego nieobecność, jeśli przeprowadzi siebie, mnie i mojego brata do Vancouver w Kolumbii Brytyjskiej.  Tam mieszkała rodzina matki i jakoś czuła, że potrzebuje ich bliskości, by przetrwać ten pełen stresu czas.

To było wiele lat temu, lecz szaleństwo na dobre zaczęło się po naszej przeprowadzce do Vancouver — choć pewnie nie rozpoznałabym go wtedy jako szaleństwo, a może dopiero zaczęłam zdawać sobie sprawę, że nim jest. Dzieci nie mają narzędzi, by radzić sobie z chorobą psychiczną rodzica.

Dziecięca nieświadomość z pewnością chroniła mnie przed uświadomieniem sobie, że moja matka jest inna.  Zakładałam, że wszystkie dzieci mają rodziców, którzy „wpadają w nastroje". To, że te nastroje stawały się coraz bardziej skrajne, naprawdę dotarło do mnie dopiero tamtego ranka w parku.

Teraz musiałam wytłumaczyć innemu rodzicowi, dlaczego Carol znalazła mnie siedzącą przygnębioną na huśtawce w parku, zamiast zmierzać do szkoły. Gdyby wszystkie dzieci przeżywały te nastroje swoich rodziców, z pewnością tylko kwestią czasu byłoby, aż inne dzieci zaludnią huśtawki w samotnej rozpaczy — dziecięcy umysł nie jest do tego przygotowany.

Jakoś jednak, gdy wyrzucono mnie tego ranka z domu, poczułam w głębi siebie, że nastroje, w które wpadała moja matka, nie były normalne. Byłam jednak tylko dzieckiem, a rodzicom zawsze przysługiwało ostatnie słowo.  Jak mogłam zacząć to tłumaczyć obcej osobie? Czy matka Carol nie przyjęłaby po prostu, że jestem niegrzecznym dzieckiem, które zostało ukarane? Czy uwierzyłaby w moje zagubienie, gdy zastanawiałam się, co zrobiłam, że zasłużyłam na gniew matki?

Droga do biura pomocy społecznej nie jest wyraźna w mojej pamięci.  To właśnie tam matka Carol postanowiła mnie zabrać, gdy zaczęłam wylewać z siebie swoją historię.  Pamiętam, że siedziałam w samochodzie razem z Carol, nie mówiąc nic, lecz czując, że gniew matki tylko się wzmocni, gdy dowie się, co zrobiłam.  Nikt nie uwierzy w moją historię, gdy porozmawia z moją matką. Opowie im, jakim okropnym dzieckiem jestem, i wtedy znów znajdę się w jej sypialni, siedząc na skrzynce, z plecami przyciśniętymi do zimnej ściany.

Pasja życia

Rozmowa z moim wnukiem zapoczątkowała ciekawą dyskusję o pasji i o tym, jak może ona pomóc w podejmowaniu decyzji dotyczących czyjejś przyszłości. Uważam, że pasja może nawet wpływać na to, jak radzimy sobie z codziennym życiem.

Weźmy pod uwagę ten cytat z internetu:

Znając swoją pasję w życiu, zyskujesz coś, wokół czego możesz budować resztę swojego życia. Twoja pasja może być czymkolwiek, co jednocześnie cię wyzwala, intryguje i motywuje. Wbrew przekonaniu, że robienie tego, co kochasz, sprawia, że praca staje się bez wysiłku, pasja zmusza cię do działania.

Wszyscy znamy ten typ człowieka, który kroczy przez życie, lamentując nad wszystkim, co go spotkało (za każdym razem, gdy się z nim stykamy), albo tłumacząc, jak to czynniki zewnętrzne zrujnowały mu życie (a więc — nie jego wina). Dlaczego ci ludzie świadomie decydują się na negatywne nastawienie; na tarzanie się w nieszczęściu; na nieprzyznawanie się do własnej mizerii? Nie wyobrażam sobie, żeby ktokolwiek naprawdę czerpał przyjemność z bycia nieszczęśliwym — dlaczego więc tkwią uwięzieni w tym negatywnym środowisku, nieustannie i z taką zajadłością wyrażając swoje pesymistyczne odczucia? Czy tym ludziom brakuje pasji?

To z pewnością pytanie, na które wiele osób próbowało znaleźć odpowiedź. Przez lata dużo o tym myślałam, obserwując, jak ludzie radzą sobie z różnymi rzeczami, które napotykają na swojej drodze — jak reagują na sytuacje, co z nich wynoszą, jak odpowiadają na negatywne okoliczności. Wydaje się, że wszystko sprowadza się do tego, jak ktoś jest „skonstruowany" i jakie narzędzia posiada, by radzić sobie z różnymi okolicznościami i scenariuszami.

Przypomina mi to coś, czym przez lata zawsze chętnie dzieliłam się ze swoimi studentami: ludzkie serce ma skończoną liczbę uderzeń, jakie wybije w ciągu naszego życia. Według internetu, jeśli dożyjesz osiemdziesięciu lat, twoje serce uderzy w przybliżeniu 3 363 840 000 razy! To ogromna liczba uderzeń — i wierzę, że możemy sami decydować, jak chcemy je spożytkować.

Wyobraź sobie taką sytuację: jedziesz autostradą i ktoś nagle wjeżdża przed ciebie. W tej samej chwili twoje serce zaczyna bić szybciej, bo musiałeś zareagować na kogoś, kto wtargnął na twój pas. Jednak kolejne uderzenia są już pod twoją kontrolą — możesz zdecydować się na wybuch gniewu pod adresem tamtego kierowcy albo podjąć decyzję, by po prostu to puścić. Na co komu uderzenia serca zmarnowane na zupełnie obcego człowieka, skoro można zachować te cenne uderzenia dla ważnych ludzi w swoim życiu? Pamiętaj — to ty masz nad tym kontrolę, to ty decydujesz, na co przeznaczasz swoje uderzenia serca, a ich zapas nie jest nieskończony.

Wiele razy w życiu to mi pomagało — i być może ta prosta zasada odgrywa pewną rolę w naszej pasji do życia. Jeśli przyjmujesz do wiadomości, że serce ma skończoną liczbę uderzeń, czy nie możesz podjąć bardziej świadomego wysiłku, by decydować, na co chcesz je przeznaczać? Wydaje mi się, że pamiętanie o wszystkim, z powodu czego jesteś nieszczęśliwy, i nieustanne wyrażanie tej niedoli kosztuje więcej uderzeń serca niż pamiętanie o wszystkim, za co jesteś wdzięczny, i obdarzanie uśmiechem każdego, kogo spotykasz. To sprawia, że pasja staje się emocją, którą można kontrolować — możesz decydować, kiedy chcesz czuć pasję, a kiedy po prostu chcesz puścić coś mimo uszu i iść dalej.

Mając czternaście lat, mój wnuk prawdopodobnie nie dysponuje jeszcze wszystkimi narzędziami, które pomogłyby mu odnaleźć jego pasję w życiu. Jestem pewna, że niektórzy ludzie zapalają się do czegoś bardzo wcześnie — inni dopiero późno, lecz tak czy inaczej, pasja musi odgrywać w naszym życiu niebagatelną rolę.

Zastanawiam się więc — czy można być namiętnie przywiązanym do bycia nieszczęśliwym? Na pewno nie; kto chciałby przeżyć życie, czując się w ten sposób? Ale jeśli chodzi o tych ludzi, których napotykamy, a którzy zdają się dostrzegać negatywną stronę wszystkiego w swoim życiu — dlaczego nie możemy im pomóc to odwrócić? Moim zdaniem możemy to zrobić przez przykład.

Czy zauważyłeś kiedyś, że jeśli ktoś uśmiecha się do ciebie bez powodu, bardzo trudno jest nie odwzajemnić uśmiechu (chyba że jesteś prawdziwym zrzędą i sądzisz, że tamta osoba uśmiecha się złośliwie)? Uśmiech — coś tak prostego i tak łatwego do wykonania; minimalna liczba mięśni potrzebna do uśmiechu wynosi 10. Ci ludzie, o których mówię, zawsze sprawiający wrażenie negatywnych lub nieszczęśliwych — co by się z nimi stało, gdyby po prostu nic nie mówili i tylko się uśmiechali, spotykając innych w ciągu dnia? Mniej uderzeń serca potrzeba z pewnością — czy nie mogłoby to w jakimś drobnym stopniu poprawić ich samopoczucia? Kiedy uśmiechasz się do drugiego człowieka, rzadko zdarza się, by nie odwzajemnił uśmiechu — liczysz to więc jako pozytywną odpowiedź na minimalny wysiłek mięśniowy. To wydaje mi się jak wygranie na dwóch frontach naraz. (-:

Porozmawiajmy o zdradzie — zapewne WSZYSCY doświadczyliśmy jakiegoś rodzaju zdrady w naszym życiu. Ludzie cierpiący na śmiertelną chorobę lub nieuleczalne schorzenie mogą czuć, że ich ciało w pewnym sensie ich zdradziło; ludzie, których osoby uważane za przyjaciół odwróciły się przeciwko nim — to też jest poczucie zdrady. Jak wychodzić z czegoś takiego naprzód, nie stając się jednym z tych nieszczęśliwych ludzi, którzy winią cały świat za swoją nędzę duchową?

Robimy to, kierując świadomą myśl w pozytywną stronę. Słowa i czyny innych ludzi mogą nas zranić tylko wtedy, gdy na to pozwolimy — mamy wybór: odejść, nie poświęcać więcej uderzeń serca tym ludziom ani tej sytuacji. To jest w NASZEJ mocy. Możemy przyznać, że doznaliśmy zdrady, bólu czy niesprawiedliwości, ale nie musimy trwać w tym nastawieniu. Tylko my sami mamy zdolność wyjścia poza te rzeczy w naszym życiu, których chcemy się pozbyć — nikt inny nie jest w stanie naprawdę przeprowadzić nas przez te silne emocje.

Ale 10 małych mięśni użytych do uśmiechu, postanowienie, by nie marnować więcej uderzeń serca na coś — to są świadome decyzje, które możemy podjąć. I dzięki tym decyzjom nasza pasja do radości, szczęścia, akceptacji, przyjaźni, miłości — do wszystkich tych cudownych rzeczy, których wszyscy szukamy — może stać się naszym udziałem.

Na zakończenie każdego z moich ośmiomiesięcznych kursów, w ostatnim pytaniu egzaminu końcowego, zawsze pisałam:

Jaka jest jedna rzecz, której nauczyłeś się podczas tego kursu i której nigdy nie zapomnisz?

Na to pytanie nie było dobrej ani złej odpowiedzi i przyznawałam punkt każdemu, niezależnie od tego, co napisał — jednak niektóre z najbardziej wzruszających odpowiedzi, jakie kiedykolwiek otrzymałam, brzmiały po prostu tak:

Dowiedziałam się, że mam skończoną liczbę uderzeń serca i że to ja decyduję, na co je przeznaczam.

Pilnować swoich uderzeń serca!

Decydować, kto zasługuje na moje uderzenia serca.

Wiem, że za każdym razem, gdy czytałam tego rodzaju odpowiedzi na moje pytanie, napływały mi do oczu łzy. Ale uświadamiałam sobie też, że jestem świadkiem narodzin kogoś, kto będzie kroczyć przez życie ze świadomą decyzją, by pozwolić swojej pasji do życia wyznaczać mu drogę naprzód — i kto zawsze będzie pamiętał, że w życiu mamy wybór, a wybór ten może wywołać uśmiech nie tylko na naszej twarzy, ale przy minimalnym wysiłku — na twarzach wszystkich wokół nas.

I teraz wyjaśnienie…

Szłam do biura Opieki Społecznej, nie wiedząc, jak wszystko się potoczy. Nigdy wcześniej nie „zbuntowałam się" przeciwko matce w żaden sposób, ale ten bunt — wciągnięcie obcych ludzi w moją historię — był nieodwracalny. Byłam przerażona. Wiedziałam tylko jedno: jak spędziłam poprzednią noc, siedząc na skrzynce w pokoju matki, i że to szaleństwo musi się skończyć — choć zupełnie nie byłam przygotowana na to, co miało nastąpić potem.  

Jadąc do Opieki Społecznej, próbowałam sobie przypomnieć, co tym razem sprowokowało matkę do wymierzenia mi takiej kary, choć robiła to już wiele razy wcześniej.  Zwykle działo się to późno w nocy, gdy większość dzieci w wieku szkolnym leżałaby już w piżamach, ciepło otulona w swoich łóżkach. Matka decydowała wtedy, że zasłużyłam na surową karę.  Mogło się to zdarzyć nawet wtedy, gdy nic nie zrobiłam. Matka sama sobie wymyślała rzeczy, które rzekomo popełniłam, żeby we własnych oczach uzasadnić stosowne ukaranie mnie. Musiałam przez wiele godzin siedzieć na skrzynce ustawionej przy ścianie, u wezgłowia jej łóżka.  W pokoju było chłodno, a cienka piżama niewiele chroniła przed zimnem ściany przy moich plecach. Matka leżała wygodnie w łóżku, czytając przy zapalonej lampce, podczas gdy ja siedziałam godzinami, zastanawiając się, kiedy wreszcie będę mogła iść spać. Nie rozmawiałyśmy; od czasu do czasu tylko podnosiła wzrok i patrzyła na mnie z nienawiścią.  Zazwyczaj ta kara trwała godzinę, może nieco dłużej. Wtedy matka odrywała się od książki i krzyczała na mnie: „Obrzydliłaś mi się, znikaj mi z oczu!" To oznaczało, że mogłam w końcu zwinąć się w kłębek we własnym łóżku i zamknąć oczy, walcząc ze łzami.  Kiedy siedziałam na skrzynce w pokoju matki, nie wolno mi było zamykać oczu. 

Pamiętam wyraz absolutnej nienawiści na twarzy matki, gdy podnosiła wzrok znad książki i patrzyła na mnie siedzącą na skrzynce.  Była to duża skrzynka, dzięki której znajdowałam się na równi z leżącą matką. Nigdy nie rozumiałam, skąd tyle nienawiści. Tak naprawdę pragnęłam tylko jednego — wyrwać się spod jej wzroku i znaleźć w miarę spokojnym miejscu we własnej sypialni.  Dzieliła nas tylko szerokość korytarza, ale w moim pokoju matka nie mogła mnie widzieć ze swojego łóżka i mogłam spokojnie zasnąć. Sen był jedyną ucieczką od jej gniewu, a rano wszystko mogło wyglądać inaczej — ale nie tej nocy.

Po trzech godzinach na skrzynce byłam tak zmęczona, że zaczęłam się osuwać na bok. Matka krzyczała do mnie: „Nie waż się zasypiać, siedź prosto!"  Mogłam tylko mieć nadzieję, że jeśli będę posłuszna, uwolni mnie od tej kary i pozwoli mi spać. Bałam się prosić o wyjście do łazienki, bo w takich chwilach była zupełnie nieprzewidywalna.  Próbowałam dociec, co zrobiłam, że matka chce pozbawić mnie snu. Czy jest cokolwiek, co dziecko mogłoby zrobić, żeby rodzic wymierzył mu taką karę? 

Gdzieś we wczesnych godzinach porannych — po sześciu godzinach siedzenia na skrzynce — matka w końcu „pozwoliła" mi iść do mojego pokoju.  Pamiętam, jak padłam wyczerpana na własne łóżko i dopiero wtedy pozwoliłam sobie na płacz. Wiem, że tej nocy w ogóle nie spałam.  Matka wstała — gdy łaskawie pozwoliła mi opuścić jej pokój — i oznajmiła mi, że „ona" wychodzi! Nie ubrała się; po prostu narzuciła płaszcz na nocną koszulę.  Pamiętam, że tej nocy padał deszcz i wzięła ze sobą parasolkę. Patrzyłam z okna mojej sypialni na górze, jak oddala się od domu. Tak zaczyna się noc Czarnej Parasolki…..

Po tym, jak matka wróciła do domu, nie mówiąc do mnie ani słowa, musiałam zasnąć na kilka godzin.

Następnego ranka matka dalej wyładowywała na mnie swój gniew.  Po bezsennej nocy, którą spędziłam w płaczu i zamęcie, miałam bardzo opuchnięte oczy i bladą cerę — taką, jaką ma się po nieprzespanej nocy.  Poszłam do łazienki, żeby skromnym makijażem, jaki posiadałam, ukryć smutek wypisany na mojej twarzy. Matka jednak nie zamierzała pozwolić mi na ten odrobinę godności.  „I nie waż się nakładać tego na twarz! Niech widzą, jaka naprawdę jesteś!" — wyrwała mi z rąk małą kosmetyczkę. Znów wybuchłam płaczem, uświadamiając sobie, jak daleko posunęła się tym razem w swoim gniewie.

Nie byłam złym dzieckiem, ale coraz częściej zastanawiałam się nad nastrojami, w jakie popadała matka. Nie było jednej konkretnej rzeczy, która je wywoływała — po prostu zamieniała się w to szalejące stworzenie, przekonane, że jakoś jej się sprzeciwiam.  Wymyślała fantastyczne spiski, w których Mafia albo Zakon Masonów próbował się do niej dobrać. Była pewna, że spiskuję razem z tymi różnymi grupami, choć moje próby przemówienia jej do rozsądku nie przynosiły żadnego skutku. Czego by chciała Mafia od czternastoletniej Niemki z amerykańskim paszportem, mieszkającej z matką i bratem?  Pamiętam, jak dzień po dniu żaluzje w domu pozostawały zamknięte, bo matka była przekonana, że „wtedy mogliby nas zobaczyć". Kiedy przychodziły do mnie koleżanki po szkole, po prostu wchodziliśmy w tę grę w spisek i udawaliśmy, że jesteśmy jej częścią. Dzięki temu nie wydawało mi się to takie dziwne, a ponieważ żadna z przyjaciółek nie komentowała tego jako dziwnego zachowania, nadal zakładałam, że wszyscy rodzice tak robią. Siedziałyśmy przy podwieczorku i udawałyśmy, że rozmawiamy przez łyżeczki.  Coś jak z filmu o Jamesie Bondzie — z pewnością nie coś, co można by zobaczyć na osiedlu! Matka w drugim pokoju mówiła: „Śmiejcie się i kpijcie sobie, ile chcecie, ale oni tam są, wiem o tym!" 

Żadnego gniewu.

Nie zawsze jednak przyjmowała to tak spokojnie.  Zdarzało się, że samo przejście obok okna wystarczyło, żeby chwyciła mnie za włosy (zawsze za włosy!) i ściągnęła na podłogę: „Przestań im dawać sygnały!" — krzyczała — „Wiem, że jesteś z nimi w zmowie".  Pewnym poczuciem bezpieczeństwa było to, że gdy przyjaciółki były w domu, matka raczej nie traciła głowy tak jak wtedy, gdy byłyśmy same.

Dlaczego ta różnica?

Po tym, jak tego ranka wyrzuciła mnie z domu i kazała iść do szkoły, trafiłam do parku. Wtedy znalazła mnie Carol. Siedziałam na huśtawce i cicho szlochałam, nie wiedząc, co powinnam zrobić. Ranek po nocy Czarnej Parasolki….

Teraz siedziałam w gabinecie pracowniczki socjalnej i odpowiadałam na pytania o spiski wymyślane przez matkę.  O formach kar, jakie mi wymierzała, i o tym, jak długo to trwało. Pamiętam, że myślałam, że to przesłuchanie będzie trwało tak długo, aż wszyscy zrozumieją, że nie byłam dobrym dzieckiem i matka miała pełne prawo mnie karać.  Wiedziałam, że bez względu na to, co wydarzy się w tym gabinecie, będę musiała wrócić do domu i znów stanąć twarzą w twarz z matką. Będzie wściekła, że rozmawiałam z obcymi ludźmi o rzeczach, które rozumiała tylko nasza rodzina. Ja jednak nie rozumiałam.

Ku mojemu zdumieniu pracowniczka socjalna powiedziała, że nie będę musiała tam wracać i że nigdy więcej nie będę musiała znosić gniewu matki!  

Czy to naprawdę się dzieje?  

Powiedziałam matce, że nie podoba mi się, że ciągnie mnie za włosy i rzuca na podłogę, bo jej się wydaje, że daję sygnały ludziom na zewnątrz. Nikomu nie dawałam żadnych sygnałów! Ale gdy matka wpadała w jeden ze swoich „nastrojów", każde moje słowo zdawało się podsycać w niej jeszcze większą wściekłość. Nauczyłam się w takich chwilach zamykać w sobie i wyobrażać spokój, który nastanie, gdy jej gniew opadnie. 

Pamiętam, jak spojrzałam na Carol i jej matkę, siedzące razem ze mną w gabinecie pracowniczki socjalnej.  Na ich twarzach malowało się kompletne niedowierzanie i przez ułamek sekundy zaczęłam myśleć, że może zachowanie matki, które zawsze uważałam za normalne, wcale nie jest czymś, przez co przechodzą wszystkie dzieci.  Pracowniczka socjalna słuchała uważnie moich opowieści, robiła notatki i wyraźnie nie stawała po stronie mojej matki. Wiem, że ten dzień zmienił moje życie na zawsze.

Powiedziano mi, że będę musiała wrócić do matki, ale nie sama.  Zabrała mnie pracowniczka socjalna i konstablar z Vancouver Police Force — pracowniczka socjalna obawiała się, że matka może stać się agresywna wobec którejkolwiek z nas.  Nigdy nie zapomnę zdumienia, jakie poczułam na myśl, że naprawdę nie będę już musiała znosić tych niesamowitych wybuchów matki, które wypełniały moje dzieciństwo. Byłam otoczona dorosłymi, którzy mnie chronili.

Ale obok tego zdumienia pojawiła się rzeczywistość stresu, pod jakim żyłam.  Potrzeba było lat, żeby to naprawić, i jeszcze więcej czasu, żeby zrozumieć.

Z domu na osiedlu trafiłam do rodziny zastępczej niedaleko mojej szkoły średniej.  Rozkoszowałam się nowo odnalezioną wolnością. Nikt już nie odmawiał mi snu, a moje życie nabrało normalności, jakiej nigdy wcześniej nie znałam.  Ale ta normalność przyniosła ze sobą coś, o czym dowiedziałam się później — „ataki paniki wywołane przez zespół stresu pourazowego". 

Leżałam w nocy, nie mogąc zasnąć, obok łóżka, w którym spała inna dziewczyna umieszczona w tym samym pokoju, mniej więcej w moim wieku.  Ona spała spokojnie, gdy nagle moje serce zaczynało bić tak szybko, że się przerażałam. Potem moje dłonie zaczynały się kurczyć — czułam, że za chwilę zacisną się w pięść, z której już nigdy się nie uwolnię.  Współlokatorka budziła się i znajdowała mnie na podłodze, jak desperacko próbuję kolanami powstrzymać dłonie przed kurczeniem się. Płakałam gorączkowo i błagałam dłonie, żeby przestały! To było przerażające uczucie utraty kontroli, którego wcześniej nigdy nie doświadczyłam. 

Pamiętam, że moja zastępcza mama, pani Jessop, była przywoływana do pokoju przez roztrzęsioną współlokatorkę.  Pani Jessop kucała na podłodze, delikatnie brała mnie w ramiona i kołysała, aż łkanie ustępowało.  Przez te kilka chwil czułam się bezpiecznie — czegoś, o braku czego nawet nie zdawałam sobie sprawy. Dom z matką nigdy nie dawał mi poczucia bezpiecznej przystani.  Ale dzieci nie kwestionują swoich rodziców — przynajmniej ja nigdy tego nie robiłam. Rządy matki były jedynym, co znałam, i stałam się ekspertką w unikaniu jej częstych nawrotów szaleństwa.  Dziś wiem, że właśnie tym to było — kompletnym szaleństwem. A jednak matka potrafiła sprawiać na wszystkich wokół wrażenie zupełnie przytomnego człowieka, radzącego sobie z licznymi trudnościami, jakie los jej zgotował.

Przez tyle chwil powinnam była kwestionować poczytalność matki, ale byłam dzieckiem, które uczyło się odnajdywać w życiu okazującym się bardzo trudnym.  Pamiętam, jak jechałyśmy autobusem przez Vancouver i twarz matki przybierała ten wyraz, który zawsze pojawiał się, gdy traciła kontakt z rzeczywistością.  Wstawała w autobusie i głośno krzyczała: „Ten mężczyzna śledzi nas od kilku godzin i to musi się skończyć! Panie kierowco, proszę natychmiast zatrzymać autobus i wypuścić mnie z córką!" — na co przestraszony kierowca chętnie przychylał się do jej żądania. Obiekt gniewu matki rozglądał się dookoła, upewniając się, że to właśnie o nim mowa, po czym patrzył z tym charakterystycznym wyrazem twarzy niesłusznie oskarżonego.  Starałam się oczami dać tej osobie do zrozumienia, że w słowach mojej matki nie ma ani krzty prawdy — bo przecież byłam z nią przez cały ranek i nigdy wcześniej nie widziałam tego człowieka na oczy.  

Wstyd niemal mnie paraliżował, ale i tak zawsze lepiej było szybko wysiąść, zanim ktoś zdążył nam się dobrze przyjrzeć.  Zwykle oznaczało to długie czekanie na następny autobus. Stojąc tam w oczekiwaniu, matka odtwarzała w głowie wszystkie miejsca, w których ów człowiek rzekomo czaił się na nią, zanim w końcu pojęła, co się dzieje.  Wiedziałam, że muszę milczeć.

Nic z tego nie miało dla mnie sensu, ale byłam dzieckiem.  Może te rzeczy miały pozostać tajemnicą. Wiem, że gdy pogoda była zła, stałam obok matki w zimnie i nędzy, nie wiedząc, czy zaraz nie rzuci się słownie na kolejną napotkaną osobę.  Stałam skulona i skulona, żeby nikt nie zobaczył mojej twarzy i nie skojarzył mnie z tą kobietą obok. Myślami uciekałam do domu, gdzie ludzie nie denerwowali matki.  Przynajmniej na osiedlu jej wybuchy mogły się dziać w zaciszu czterech ścian. Próba ogarnięcia tego wszystkiego jako dorastająca dziewczynka pozbawiła mnie dzieciństwa, którego nigdy nie przeżyłam.

Oczywiście nastroje, które ogarniały matkę, nie zawsze wiązały się ze światem zewnętrznym.  Soboty były naszym dniem schodzenia do piwnicy szeregowca — zwanego tak przez mieszkańców, bo te dwupoziomowe mieszkania wchodziły w skład czterorodzinnego budynku. (Dziś nazwalibyśmy je domem w zabudowie szeregowej.)  W sobotnie poranki musiałam szczególnie pilnować, żeby nie sprowokować matki. Brat — nigdy główny obiekt jej gniewu — zanim wyszedł z domu, brał mnie na bok i mówił: „Linda, po prostu rób, co każe, i nie denerwuj jej." Łatwo mu było mówić, wychodząc za drzwi.  On nie zostawał zamknięty z nią w domu na cały dzień! Od chłopców nie oczekiwano, że będą siedzieć i zajmować się „praniem czy pracami domowymi". Brat mógł swobodnie włóczyć się z kolegami, gdzie tylko chciał. Do tego miał samochód — jeszcze lepszy sposób, żeby całkowicie uciec od szaleństwa otaczającego matkę. W noce, gdy matka była w swoim nastroju, brat mógł nawet spać poza domem — w razie potrzeby mógł przenocować w samochodzie.

Wróćmy do piwnicy w dniu prania... 

Nie mieliśmy dużo pieniędzy, więc nowoczesnych sprzętów AGD nam nie było dane posiadać.  Mieliśmy starą pralkę z wyżymaczką, którą podtaczałyśmy do dwóch dużych betonowych zlewów do płukania.  Wilgotna, pozbawiona koloru drewniana piwnica była przegrodzona wieloma sznurkami na bieliznę — jedynym sposobem suszenia, jaki miałyśmy.  Matka i ja stałyśmy godzinami, przepuszczając ubrania z jednego zlewu do drugiego, gdy kolejne partie kończyły pranie w maszynie. Zawsze lubiłam patrzeć, jak wałki spłaszczają ubrania, przechodząc przez wyżymaczkę, po czym odzyskują swój kształt po wpadnięciu do zimnej wody płuczącej.  Woda była zawsze tak zimna, że drętwieły mi dłonie. Nie przeszkadzało mi to drętwienie, bo stanowiło mój kontakt z rzeczywistością. Matka mogła odpływać w swój świat złudzeń, a ja pozostawałam w swoim. Zimno w tym pomagało. W ostatnim zlewie była płukanka do tkanin.  Pachniała świeżym powietrzem — a właśnie tam najchętniej bym była. Wszystkie przyjaciółki bawiły się na dworze w dziecięce gry, podczas gdy ja w piwnicy, sama, wymykałam się spod gniewu matki.

Jako dorosła kobieta odwiedzałam pewnego razu teściów i poprosiłam, czy mogę wyprać swoje ubrania oraz ubrania męża na drogę powrotną.  Był piękny dzień i wiedząc, że teściowa ma sznurek na podwórku, zapytałam, czy mogę powiesić pranie do wyschnięcia na zewnątrz.  Gdy wieszałam ubrania, mąż i teściowa wyszli za mną porozmawiać. Zorientowałam się, że umilkli, i odwróciłam się — oboje patrzyli na mnie z dziwną miną.  Teściowa powiedziała: „Nigdy w życiu nie widziałam, żeby ktoś wieszał pranie tak idealnie prosto i według rozmiarów!" Byłam znów w tamtej piwnicy, w sobotni ranek.  

W piwnicy było chyba osiem sznurków na bieliznę. Po tym, jak matka i ja przepuściłyśmy ubrania przez wyżymaczkę, lądowały w koszu.  Moim obowiązkiem było potem wieszanie ich na sznurkach do wyschnięcia. Ale to nie było zwykłe zadanie, do którego można było podejść z rozmachem.  Matka NALEGAŁA, żeby ubrania były najpierw otrząśnięte, a potem powieszone według rozmiaru — tworząc rząd idealnie zawieszonych sztuk w kolejności rosnącej lub malejącej. Każdy element należało dwukrotnie strząsnąć przed powieszeniem, a następnie umieścić go idealnie na sznurku — żadnych odchylonych pasków spodni ani nierównych barków koszuli!

Nigdy jednak nie mówiła mi od razu, czy dobrze powiesiłam dany sznurek.  Odzywała się dopiero wtedy, gdy skończyłam wieszać cały sznurek. Podchodziła do niego i zrywała z niego każdą sztukę odzieży, patrzyła na mnie i mówiła: „A teraz powieś to porządnie." Wiedząc, że przyjaciółki czekają na dworze, żebym dołączyła do ich dziecięcych zabaw, szybko stałam się ekspertką od wieszania prania! 

To wspomnienie nie wypłynęło naprawdę na powierzchnię aż do chwili, gdy teściowa skomentowała sposób, w jaki wieszam pranie — tyle lat później.  Jak dobrze umysł dziecka chroni nas przed bólem przemocy! Jeśli powieszenie prania tak, jak chciała matka, oznaczało, że mogę wyjść na dwór — było warte każdej spinki, którą starannie umieszczałam na sznurku!

Życie w rodzinie zastępczej stało się po prostu częścią moich doświadczeń dorastania.  Nadal dobrze radziłam sobie w szkole, śmiałam się i rozmawiałam z wieloma dziewczynami mieszkającymi w domu pani Jessop.  Byłyśmy tylko dwie jako „podopieczne miejskie" i dwie szczególne dziewczyny z zewnątrz, które pani Jessop szczególnie lubiła.  Bycie podopieczną miejską oznaczało, że pani Jessop była naszym prawnym opiekunem. Pozostałe dziewczyny przychodziły i odchodziły jak zmiany pogody.  Czasem te tymczasowe dziewczyny miały niesamowite historie do opowiedzenia, zanim odchodziły, żeby kontynuować swoje życie gdzieś indziej.

Pamiętam, że pewnego razu mieszkałam w jednym pokoju z taką tymczasową dziewczyną — Becky. Miała wtedy 15 lat, tak jak ja, ale doświadczyła strony życia, o której mi się nawet nie śniło!  Była nastoletnią prostytutką i zadziwiała mnie, jednocześnie fascynując opowieściami o „stałych klientach". Pamiętam, że nosiła drogie ubrania i myślałam, że pewnie dobrze jej idzie!  Nigdy nie czułam, że chcę żyć tak jak ona, ale mimo wszystko chętnie słuchałam jej historii.

Pani Jessop mieszkała w domu z zupełnie oddzielnym mieszkaniem na górze.  Na dole było co najmniej 4 sypialnie, w każdej po kilka łóżek. Pani Jessop spała na kanapie w salonie.  Co wieczór ścieliła sobie łóżko i układała się do snu. Do dziś nie wiem, dlaczego ktoś miałby rezygnować z prywatności, żeby przyjąć pod swój dach tyle trudnych dziewcząt.  Wiem, że traktowała nas dobrze, ale posiłki były tak monotonne, że do dziś nie jestem w stanie jeść gotowanej marchewki z prawdziwym entuzjazmem! Gościła na naszym stole każdego wieczoru w tygodniu. Pani Jessop miała jednak swoje ulubienice, do których należałam.  Oznaczało to, że przysługiwały nam specjalne przywileje. Po odłożeniu umytych po kolacji naczyń pani Jessop odsyłała pozostałe dziewczyny do sypialni na odrabianie lekcji, podczas gdy nas kilka wybranek obdarowywała specjalnymi smakołykami, które trzymała tylko dla nas. Dzięki tym wspólnym chwilom wytworzyła się między nami więź — byłyśmy tą uprzywilejowaną czwórką.

To poczucie wyjątkowości jeszcze się wzmocniło, gdy pewnego dnia pani Jessop oznajmiła nam, że skoro lokator z góry się wyprowadził, pozwoli „swoim wyjątkowym dziewczynom" mieszkać na górze!  Oznaczało to, że byłyśmy praktycznie zdane na siebie — wejście do tego mieszkania prowadziło przez schody na zewnątrz budynku. Żeby wejść lub wyjść, musiałyśmy schodzić tymi schodami, które znajdowały się tuż przed oknem kuchni; pani Jessop mogła w ten sposób czuwać nad naszymi poczynaniami.  Poza tym zdążyłyśmy już udowodnić jej, że jesteśmy godne zaufania, i nie było żadnych wątpliwości, że dobrze poradzimy sobie na górze. Nadal musiałyśmy schodzić na dół na kolację z resztą, ale smakołyki przeprowadziły się razem z nami na górę!

W tym czasie adaptacji do nowego życia matka bez przerwy dzwoniła do pani Jessop i prosiła o rozmowę ze mną.  Na początku była dość uprzejma — pytała, jak mi idzie i czy jestem szczęśliwa. W pewnym momencie jednak rozmowy telefoniczne zaczęły mnie niepokoić.  Matka mówiła mi, jak bardzo zrujnowałam jej życie i jak bardzo jestem nieodpowiedzialna. Zapewniała mnie, że nim się obejrzę, ci ludzie przekonają się, jaka jestem naprawdę zła.  I wtedy nie będę miała gdzie uciec. 

Pani Jessop zdawała się wyczuwać dokładnie, kiedy te rozmowy zaczynały przybierać zły obrót.  Po odkładaniu słuchawki czułam, że mój nowy, kruchy świat już zaraz się posypie pod wpływem ingerencji matki.  Pani Jessop rozmawiała ze mną o tych rozmowach i wspólnie zdecydowałyśmy, że nie będę już musiała ich odbierać. Oznaczało to, że po raz pierwszy w życiu matka naprawdę nie będzie mogła przebić się do mojego świata! 

Krótko przed tym, jak incydent na huśtawce odmienił moje życie, podjęłam pracę w niepełnym wymiarze godzin po szkole.  Lubiłam tę pracę w małej kawiarni. Byłam kelnerką i zmywaczką w jednym. Gdy z przodu nie było ruchu, zajmowałam się myciem naczyń.  Pracowałam dla swojego pracodawcy jak należy, bo chciałam udowodnić, że mogę być pożyteczna mimo młodego wieku. 

Pan, który prowadził kawiarnię, był świetnym kucharzem i zawsze dobrze mnie karmił.  Interesy, które robił z boku — tuż poza zasięgiem mojego słuchu — właściwie mnie nie dotyczyły.  Widziałam porozrzucane przy telefonie wydruki z wynikami wyścigów, ale nie zaprzątałam sobie tym głowy.  Przy telefonie rozmawiał po chińsku, więc nie słyszałam rozmów, ale nie trzeba było długo czekać, żeby domyślić się, że w zapleczu tej przytulnej kawiarni prowadzi zakłady bukmacherskie.  Ludzie przychodzili i wręczali duże sumy pieniędzy, a właściciel często oddawał duże sumy w zamian. Ja tymczasem krzątałam się szczęśliwie i robiłam to, o co mnie poproszono. System działał sprawnie.  Aż do dnia, gdy matka znalazła sposób, żeby mi się odegrać za to, że odmawiałam odbierania jej telefonów w domu zastępczym. 

Pamiętam, że byłam w kuchni, usytuowanej za ladą.  Myłam naczynia ręcznie — bo tak w tej kawiarni to robiono. Usłyszałam, jak otwierają się frontowe drzwi (chyba był do nich przyczepiony dzwonek, żebyśmy słysząc go od zaplecza, wiedzieli, że przyszli klienci).  Odruchowo odwróciłam się, żeby sprawdzić, czy wchodzące osoby potrzebują obsługi. Jeśli przychodziły do właściciela, zawsze same przechodziły na tył, do ostatniego stolika. 

Ku mojemu absolutnemu osłupieniu przez drzwi weszła matka, a razem z nią dwóch funkcjonariuszy Vancouver Police!  Nie mogłam uwierzyć własnym oczom! I wtedy matka krzyknęła: „Lepiej na nią uważajcie, bo ucieka jak królik." Nie potrafię opisać surrealistycznego uczucia, które mnie ogarnęło. Jakbym oglądała kiepski film, w którym niestety sama grałam jedną z ról.  Właściciel kawiarni był oczywiście bardzo zdenerwowany na widok dwóch policjantów wchodzących w sam środek jego operacji bukmacherskiej. Odrobinę uspokoił się dopiero, gdy zorientował się, że przyszli po mnie.

Powoli wytarłam ręce w ścierkę i ruszyłam w stronę policjantów, którzy zmierzali ku mnie przez kawiarnię.  Pamiętam, że powiedziałam im, że nie mam powodu uciekać. Wskazali mi jedno z tylnych boksów. 

Na twarzy matki malował się wyraz, który znałam aż za dobrze, i zrozumiałam, że coś tu jest bardzo nie tak.  Gdy siadałam, jeden z policjantów wsunął się obok mnie, jakby miało to zapobiec ewentualnej próbie ucieczki z mojej strony. Matka siedziała po drugiej stronie boksu z drugim policjantem. 

Jeden z policjantów poprosił mnie, żebym podwinęła rękaw koszuli.  Nie mogłam uwierzyć, co się dzieje! Zrobiłam, co kazano, i przez cały czas nie mogłam oderwać wzroku od twarzy matki.  Wydawała się niemal zadowolona z siebie, gdy powiedziała: „widać ślady po igle na jej ramionach, bo się nakłuwa." Nie mogłam uwierzyć w to, co mówi!  Przez wszystkie lata szkolne narkotyki były wokół nas. Dwie z moich najbliższych koleżanek ze szkoły średniej zmarły na przedawkowanie heroiny, ale ja NIGDY nawet nie pomyślałam o tym, żeby cokolwiek sobie wstrzyknąć!  Tego dnia zrozumiałam, jak daleko moja matka potrafi posunąć się w swoich urojeniach.

Gdy podwinęłam rękaw, odsłaniając ramię, siedzący obok mnie policjant wziął je i zaczął oglądać.  W dzieciństwie bardzo cierpiałam na egzemę, która pozostawiła przebarwienia po wewnętrznej stronie obydwu ramion.  Między śladami po igle a skórą oszpeconą przez egzemę jest ogromna różnica. Policjanci szybko stwierdzili, że nie jestem narkomanką.   Ale to wszystko działo się w moim miejscu pracy, na widoku właściciela i klientów siedzących w kawiarni!  To było upokorzenie w czystej postaci! Nic już nie miało być w tej kawiarni takie jak dawniej.

Gdy policjanci zorientowali się, że historia wymyślona przez matkę nie ma żadnego pokrycia w prawdzie, postanowili porozmawiać ze mną o tym, żebym starała się utrzymywać kontakt z matką.  Jeden z nich zabrał matkę na zewnątrz, a drugi został i porozmawiał ze mną. Dał mi do zrozumienia, że matka czuje się odcięta ode mnie, bo opiekunka zastępcza nie pozwala nam rozmawiać przez telefon.  Jakoś usprawiedliwiało to jej postępowanie — przynajmniej w oczach policjanta. To zdarzenie uświadomiło mi, do czego matka jest zdolna, żeby postawić na swoim. Przez kilka kolejnych miesięcy nie rozmawiałam z nią.

Ale po kilku miesiącach nadszedł Dzień Matki. Nie potrafiłam wyobrazić sobie, żeby jej nie odwiedzić.  W domu zastępczym potajemnie zaplanowałyśmy wszystkie świętowanie dla pani Jessop, ale chciałam też być z własną matką. Postanowiłam zadzwonić i zrobić pierwszy krok ku temu, co miało — miałam nadzieję — pomóc zbudować pomost między nami.

Wydawała się zadowolona, że dzwonię, i umówiłyśmy się na godzinę mojej wizyty w Dniu Matki.  Cieszyłam się na spotkanie z nią. Matka miała w sobie stronę troskliwą i łagodną — to dopiero gdy wpadała w jeden ze swoich „nastrojów", wszystko wymykało się spod kontroli.

Nadszedł Dzień Matki. Starannie się ubrałam i ruszyłam na przystanek autobusowy.  Droga powrotna na osiedle przypominała wszystkie poprzednie razy, gdy jechałam tą samą trasą.  Cieszyłam się, że będziemy mogły zacząć od nowa jako matka i córka. W domu zastępczym dziewczyny zebrały się, żeby wręczyć pani Jessop zegar ścienny, który dla niej kupiłyśmy — każda dołożyła, ile mogła. Chciałyśmy, żeby pani Jessop wiedziała, jakim skarbem jest dla nas wszystkich. Dla matki kupiłam kwiaty. Uśmiechałam się do siebie, wysiadając z autobusu i ruszając krótką drogą do naszego szeregowca. 

Podchodząc do drzwi domu, zastanawiałam się, czy pukać, czy po prostu wejść.  Postanowiłam zapukać. Matka zawołała, żebym weszła. Nadal się uśmiechałam, wchodząc do kuchni.  Jej tam jednak nie było. Zawołałam ją i ruszyłam w stronę jadalni. Spotkała mnie tuż za jej progiem.  Siła policzka, który mi wymierzyła, rzuciła mnie do tyłu o ścianę, a wyjątkowe kwiaty, które kupiłam, posypały się na podłogę. Na tym starałam się skupić, próbując odzyskać równowagę.  Kwiaty wypadły ze specjalnego papieru, w który były zawinięte. Wizja bukietu umieszczonego w wazonie na stole matki rozwiała się.

Matka krzyczała, że wie, co podarowałyśmy pani Jessop na Dzień Matki.  Chyba nie mogła pojąć, jak mogę darzyć miłością inną kobietę. Ale nawet nie zwróciła uwagi na kwiaty ani nie doceniła gestu życzliwości, który za nimi stał — spoliczkowała mnie w szale. 

Gdy wybiegłam z domu z płaczem, poczułam pewien rodzaj siły.  Matka wciąż krzyczała, ale wiedziałam, że nie muszę tam zostawać.  W domu zastępczym czekał na mnie pokój, gdzie mogłam znaleźć schronienie.  Nikt w domu zastępczym nie miał mi odmawiać prywatności.  

Nigdy więcej nie będę musiała znosić kar mojej matki.

Wolność.

Zew Gór

Gdy tylko góry pojawiały się w zasięgu wzroku — a działo się to krótko po opuszczeniu miasta — pamiętam, że moja przyjaciółka Donna i ja zawsze mimowolnie wydawałyśmy głośne westchnienie.  Stało się to między nami żartem, bo zawsze robiłyśmy to nieświadomie i zawsze w dokładnie tej samej chwili! Było tak, jakby wszystkie troski, które pochłaniały nas przez cały tydzień, po prostu odchodziły, gdy wzrok napotykał Góry Skaliste.  Wyobraźcie sobie, że wstrzymujecie oddech, a potem następuje mimowolny, długi wydech — właśnie takie było to westchnienie. Wiedziałyśmy, że bez względu na to, co przyniosą kolejne godziny, owo westchnienie oczyściło nasze umysły ze wszystkiego, co zdawało się trzymać nas w niewoli. 

Może to ogrom gór sprawia, że wszystko nabiera właściwych proporcji.  Bez względu na to, jak wielki wydaje się jakiś problem, góry przetrwały pokolenia ludzi, którzy wpatrywali się w ich postrzępione oblicza z niemym zachwytem.  Niezmienność otaczająca góry zawsze przynosiła mi spokój.

Lecz przyjazd na ranczo stanowił kolejny etap tego ukojenia, którego tak gorliwie szukałyśmy co tydzień.  Trzeba było zjechać z głównej drogi szybkiego ruchu i okrążyć koniczynowy węzeł, który zdawał się prowadzić w głąb gór.  Po półtorej godziny jazdy autostradą spokój drogi wiodącej do wejścia na teren rancza był niczym latarnia morska.  Byłyśmy odprężone i gotowe, by na te kilka spędzonych tam godzin powrócić na łono natury. 

Wielki budynek z bali, mieszczący główną kwaterę, był kolejnym świadkiem czasu.  Wyglądał, jakby stał tam od zawsze, gotowy otulić swoich gości ciepłem i spokojem.  Korrale dla koni znajdowały się z boku, gdy jechało się drogą w stronę głównej kwatery. Zawsze z przejęciem wypatrywałyśmy swoich konkretnych koni, jakbyśmy chciały dać im znać, że przybyłyśmy!  Zawsze najpierw szłyśmy do korali, zanim weszłyśmy do środka. Nasze końskie przyjaciółki zasługiwały na serdeczne przywitanie, zanim przygotowałyśmy się do przejażdżki.

To właśnie w tej atmosferze po raz pierwszy poznałyśmy Boba.  Pamiętam, że miał na sobie dżinsową kurtkę i pomiętą kowbojską czapkę.  Zawsze miał na twarzy ten nieobecny wyraz — jakby tęsknił za jakimś miejscem po drugiej stronie następnej góry.  Zawsze wydawało mi się, że to bardzo smutny wyraz, jakby skrywał w sobie jakiś osobisty smutek, zbyt głęboki, by kiedykolwiek go ujawnić.

Ale wyprzedzam wypadki.  Chciałam zacząć od momentu, gdy po raz pierwszy zobaczyłam ranczo.

Przez prawie rok sprzedawałam kamienie szlachetne sklepom jubilerskim.  Postanowiłam pojechać do Banff, żeby sprawdzić, czy uda mi się znaleźć nowych klientów.  Dzień był ciekawy — poznałam kilku nowych właścicieli sklepów jubilerskich, ale nic szczególnie istotnego się nie wydarzyło.  Jechałam z powrotem w stronę Calgary, gdy zauważyłam tablicę z napisem RAFTER SIX RANCH i strzałką wskazującą kierunek zjazdu.  Nigdy nie dowiem się, co kazało mi tamtego dnia skręcić w tamto miejsce. Po prostu zrobiłam to pod wpływem impulsu.

Widok kwatery głównej wyłaniającej się z górskich fałd jest naprawdę niesamowitym przeżyciem.  Wydała mi się piękna i w jakiś sposób czułam, że to miejsce odmieni moje życie w bardzo szczególny sposób.

Podjechałam do kwatery i postanowiłam wejść do środka, żeby się rozejrzeć.  Jak się później okazało, oficjalnie jeszcze nie działała, ale kawa była zaparzona i obsługa chętnie podała mi filiżankę.  Usiadłam przy jednym z dużych okien w jadalni, z oczami przykutymi do otaczającej mnie wspaniałości. Góry zdawały się otaczać ranczo ochroną i bezpieczeństwem, jakby nic nie mogło zakłócić panującego w jego murach spokoju.  Zadawałam mnóstwo pytań, bo postanowiłam, że to będzie cudowne miejsce na realizację pomysłu, który od jakiegoś czasu dojrzewał w mojej głowie. 

Zawsze marzyłam o zorganizowaniu weekendowego wyjazdu dla grupy przyjaciółek.  Ten pomysł przyszedł mi do głowy, gdy zdałam sobie sprawę, że mój partner w małżeństwie nie będzie osobą, z którą mogę planować wesołe wycieczki.  Jakąż radością byłoby zebrać razem grono kobiet, żeby odpocząć i nacieszyć się sobą bez ciężaru mężów i dzieci.  Szybko odkryłam, że ranczo jest stworzone właśnie do tego rodzaju wypoczynku! Wyjeżdżałam z pewnością, że wrócę tu na swój Damski Weekend! 

Nie było trudno przekonać grupę przyjaciółek, że weekend z dala od rodzinnych obowiązków dobrze zrobi każdej z nich.  Ranczo wyszło nam całkowicie naprzeciw, pozwalając mi wybrać atrakcje, które wypełnią nam trzy dni wolności! To było niezmiernie ekscytujące!  W ciągu dnia jeździłyśmy konno, a wieczorami relaksowałyśmy się w jacuzzi lub oddawałyśmy leniuchowaniu. Żadnych trosk, żadnych obowiązków — tylko przyjaciółki, konie, świeże powietrze i trzy dni śmiechu oraz nowych wspomnień.

Organizowanie tego wydarzenia było w moim żywiole!  Nagle zapomniałam o wszystkich zmartwieniach związanych z rozpadającym się małżeństwem i pochłonęłam się planowaniem naszych trzech dni!  Myślę, że udało mi się namówić 8 kobiet na ten pierwszy Damski Weekend. Wszystkie postanowiłyśmy pojechać dwoma samochodami, z czego jednym kierowałam ja.  Ustalono, że w niedzielę, na zakończenie naszego wyjątkowego weekendu, rodziny dołączą do nas na ranczu na brunch. Nie chciałyśmy całkowicie wykluczać ich z tej oazy, którą odkryłyśmy.

Van wypełniony był śmiechem i radosnym oczekiwaniem, gdy w ten piątkowy wieczór jechałyśmy na Rafter Six Ranch.  Chciałam, żeby wszystkie doświadczyły tego wizualnego uderzenia, jakie ranczo wywiera na ludziach przy pierwszym widoku, dlatego jechałam pierwszym pojazdem. 

Nie miałam pojęcia, że ranczo lubi zaskakiwać swoich gości, organizując napad, gdy tylko skręca się za ostatni zakręt, w chwili gdy kwatera główna pojawia się w zasięgu wzroku.  Zaskoczył mnie widok drogi zagrodzony przez kowbojów w maskach na twarzach, z karabinami w dłoniach, siedzących na koniach! To nie było coś, co zaplanowałam!  Jeden z kowbojów podjechał do mojego okna od strony kierowcy i zapytał, gdzie jest Linda Williamson. Oczywiście bez wahania odpowiedziałam, że to ja. Tymczasem inny z kowbojów zsiadł z konia i otwierał drzwi od strony kierowcy.  Wszystkie byłyśmy w tej chwili nieco w szoku! Powiedziano mi, żebym wysiadła z vana. Gdy ma się przed sobą konie z pozornie wrogimi jeźdźcami, nie zadaje się pytań. Najwyraźniej byłam porywana!

„Napadem" dowodził Bob, a za nim zauważyłam teraz konia, którego prowadził.  Miał to być środek transportu dla ofiary. Bezskutecznie próbowałam wyrazić swoje obawy co do bycia uprowadzoną konno, skoro chciałam jechać vanem razem z przyjaciółkami. 

I tak, podczas gdy ktoś inny z mojej grupy prowadził vana w stronę kwatery, siedziałam na grzbiecie konia, prowadzona — Bóg wie gdzie — przez kogoś na koniu, który wydawał się o wiele za szeroki!  (Zapomniałam, jak bardzo jazda konna obciąża nogi, gdy nie dosiadało się siodła od lat!) 

Zawieziono mnie do kwatery, tyle że okrężną drogą.  Gdy dotarłam na miejsce, wszystkie już znajdowały swoje pokoje.  Trzęsłam się po nieoczekiwanej przejażdżce z „bandytami". To naprawdę był odpowiedni sposób na rozpoczęcie weekendu.  Tego zupełnie się nie spodziewałam!

Tak właśnie zaczęła się dla mnie cała historia z jednodniowymi wyjazdami na ranczo. Donna, jedna z moich przyjaciółek z Damskiego Weekendu, była równie zachwycona tym miejscem co ja przy pierwszym jego zobaczeniu.  Stałyśmy się nierozłącznymi partnerkami, które przez cały tydzień wyglądały ucieczki na ranczo na cały dzień jazdy konnej. Amanda, starsza z moich dwóch córek, miała wtedy zaledwie 7 lat, ale nie mogła znieść myśli, że zostaje w domu, gdy ja wybieram się na przejażdżkę. 

Postanowiłam, że może do nas dołączać podczas naszych cotygodniowych konnych przygód.  Donna była matką chrzestną Amandy i wiedziałam, że nie będzie miała nic przeciwko jej towarzystwu.  Amanda nie była jednym z tych hałaśliwych, wrzaskliwych dzieci, które domagają się uwagi. Była nieśmiała, cicha i całkowicie do mnie przywiązana.  Z jej punktu widzenia zostawanie w domu nigdy nie wchodziło w grę.  

W ten sposób we trójkę spędzałyśmy każdy weekend od kwietnia do października, gdy ranczo zamykało się na zimę. Tak bardzo wciągnęło nas Rafter Six Ranch — konie, piękno gór, nasze niekończąco przyjemne szlaki, braterstwo wspólnej jazdy — że zapytałyśmy właścicieli rancza, czy możemy wiedzieć, gdzie konie spędzają każdą zimę. Chciałyśmy je odwiedzać w tym czasie, gdy zima sprawia, że człowiek niemal zapomina o pięknie wiosny i lata. Wybierałyśmy się więc na całodniowe wyprawy samochodem tam i z powrotem, żeby odwiedzić konie. Na zimowym pastwisku przebywało około 30 koni; Rafter Six Ranch zadzwoniło wcześniej do rolnika, na którego polu stały konie, żeby wiedział, co tam robimy w środku zimy.

Jeśli nigdy nie spacerowałeś po otwartym polu z 30 końmi przeżywającymi długie, zimowe miesiące spokojnego pasienia się, to może nie wyobrażasz sobie, jak ta wizyta dla nas wyglądała. Byłyśmy we trójkę, jak zawsze — Donna, Amanda i ja. Zatrzymałyśmy się po drodze, żeby kupić końskie ciasteczka dla naszych przyjaciół, i być może to był nasz błąd. Gdy przełazłyśmy przez ogrodzenie na pastwisko, wszystkie konie na nas patrzyły. Zaczęłyśmy wołać je po imieniu (znałyśmy wszystkie konie z imienia), a wiele z nich ruszyło ku nam biegiem. Trzeba wiedzieć o koniach, że celowo nie wpadają na ludzi, zwłaszcza takich, których znają i którzy mają przy sobie końskie ciasteczka. Ale gdy 30 koni postanowi biec prosto na ciebie, trudno po prostu stać i cieszyć się chwilą. Myśli o naszym bezpieczeństwie rzeczywiście nam przemknęły przez głowę, ale nasze przyjaciółki nie miały zamiaru nas stratować — po prostu cieszyły się na nasze widok. Rozdałyśmy im wszystkim ciasteczka i nacieszyłyśmy się hałasem i zapachem, które zawsze towarzyszą przebywaniu wśród koni. Po tym pierwszym razie stało się to corocznym rytuałem — przyjeżdżałyśmy odwiedzać nasze przyjaciółki przynajmniej raz w ciągu zimowych miesięcy.

Gdy we trójkę zaczęłyśmy po raz pierwszy jeździć konno w Rafter Six Ranch, płaciłyśmy za jazdy godzinami, lecz w miarę jak poznawałyśmy wszystkie liczne piękne szlaki otaczające ranczo, zaczęłyśmy pomagać personelowi w prowadzeniu grup jeźdźców. Wkrótce odbywało się to tylko w naszym trójkowym składzie, bez dodatkowego personelu, i same prowadziłyśmy oraz odprowadzałyśmy sznury jeźdźców, którzy przyjeżdżali na jednodniową przygodę. Szlaki, którymi jechałyśmy, zależały od tego, ile zapłacili jeźdźcy — były przejażdżki godzinne, trzygodzinne, całodniowe oraz przejażdżki z posiłkiem w lesie. Stosowałyśmy się do wskazówek rancza i właściciele byli pewni, że zadbamy o to, by goście mieli wspaniałą przejażdżkę.

Z powodu tych nowych ustaleń ranczo złożyło nam ofertę: płaciłyśmy roczny, stały abonament w wysokości 150 dolarów każda i mogłyśmy jeździć konno bez ograniczeń przez cały sezon. To była oferta, której nie można było odrzucić, więc płaciłyśmy tę kwotę co roku. Zdarzało się, że nie miałyśmy grup do prowadzenia — w takie dni często towarzyszyli nam pracownicy mieszkający na ranczu, którzy w wolnych dniach chętnie do nas dołączali. Zdarzyło się nawet, że jeździli z nami właściciele rancza lub jedno z ich dzieci.

Te przejażdżki konne w piękną dziką okolicę Kananaskis należały do najwspanialszych chwil w moim życiu i wiem, że zarówno Donna, jak i Amanda czułyśmy to samo. Czasami jechałyśmy przez wiele godzin, nie mówiąc ani słowa. Po prostu cieszyłyśmy się skrzypieniem skórzanych siodeł, odgłosem końskich kopyt stąpających po leśnym poszyciu i ciszą otaczającej nas puszczy. Te chwile ciszy nazywałam „przyjaznym milczeniem" — po prostu rozkoszowaniem się wszystkim wokół, bez potrzeby wypowiadania choćby słowa do kogokolwiek. 

Wtedy właśnie uświadomiłam sobie, że duchowość przybiera wiele postaci. Przebywanie w lesie na grzbiecie wspaniałego zwierzęcia, ufając naturze, że bezpiecznie otuli cię w swoich objęciach — stało się dla mnie duchowym przeżyciem. Czasem jechałyśmy na szczyt góry tylko po to, żeby podziwiać widok; ta idylliczna samotność wśród przyjaciółek przybliżyła mnie do odczuwania wyższej siły bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej.

Na zakończenie każdej z tych przejażdżek zawsze wracałyśmy na ranczo, rozsiedłływałyśmy konie i oddawałyśmy je pod opiekę stajennych. Potem we trójkę wchodziłyśmy do kwatery głównej, żeby zjeść posiłek, zanim ponownie ruszyłyśmy w drogę do miasta.

Siedząc w kwaterze i patrząc przez okno na drogę przed Rafter Six Ranch, widziałyśmy górę Yamnuska stojącą majestatycznie w tle. Z pięknym błękitnym niebem muskającym szczyty góry, nie jestem pewna, czy w tamtej chwili mogło być lepsze miejsce na świecie. Świadomość, że trzeba opuścić to cudowne miejsce i wrócić do miasta, czasem ciążyła nam wszystkim. Jakbyśmy chciały, żeby czas się zatrzymał i pozwolił nam po prostu BYĆ. 

Innym razem na ranczu działy się różne wydarzenia i jadalnia wypełniona była ludźmi śmiejącymi się, jedzącymi i cieszącymi się otaczającym je pięknem.

Coroczny Damski Weekend stał się tradycją — Donna i ja planowałyśmy wydarzenie i zastanawiałyśmy się, kogo zaprosić. Dla Amandy nie był to zbyt przyjemny czas, bo choć wiedziałam, że świetnie by się bawiła, gdyby pojechała z nami, nie wydawało mi się sprawiedliwe, że mogę zabrać swoją córkę, skoro inne mamy tego nie robiły. I tak pozostało — to było i pozostało wydarzeniem tylko dla dorosłych.

Rafter Six Ranch leżało tuż na zachód od rezerwatu Indian Stoney. Często spotykałyśmy się i rozmawiałyśmy z ludźmi z rezerwatu, którzy jedli posiłki w kwaterze razem z innymi gośćmi i odwiedzającymi albo brali udział w wydarzeniu rezerwatu organizowanym na Rafter Six Ranch. Pamiętam, że raz zaplanowałyśmy Damski Weekend i właściciele Rafter Six Ranch dali nam znać, że tymczasowo wzniesiono szałas medycyny przeznaczony na krótki czas jego użytkowania przez lud Stoney. Ich Uzdrowicielka miała spać w małym, ręcznie wykonanym schronieniu, używając wyłącznie materiałów zebranych w okolicy, dopóki nie uznała, że miejsce nadaje się do budowy tymczasowego szałasu medycyny. Szałas był następnie używany przez lud Stoney podczas ceremonii obejmujących muzykę, bębny, śpiewy, modlitwę i uzdrawianie. Powiedziano nam, abyśmy z szacunkiem podchodziły do obszaru wokół szałasu medycyny i zachowywały jak największą ciszę, poruszając się konno w tej okolicy. 

Tego konkretnego dnia jechałam na czele sznura pań, które dołączyły do nas na nasz weekend z dala od codzienności. Szałas medycyny został wzniesiony z jednej strony dużej polany otoczonej z każdej strony lasem. Prowadziłyśmy konie przez las za szałasem i w miarę jak się do niego zbliżałyśmy — wciąż z lasem między nami a szałasem — słyszałyśmy bicie bębnów towarzyszące trwającej ceremonii. 

Trzymałyśmy się jak najdalej od szałasu, prowadząc konie leśną ścieżką, która miała wyprowadzić nas na dużą polanę, z dala od szałasu medycyny. Wszystkie panie wiedziały, że musimy zachować ciszę, gdy będziemy przejeżdżały obok. 

Tego dnia jechałam na przedzie i byłam pierwszą osobą, która wyjechała z lasu na polanę. Słychać było trwającą ceremonię w szałasie medycyny — bębny biły, a w powietrzu unosił się pomruk głosów. Sam szałas znajdował się nieco po lewej stronie od nas, gdy wyłoniłyśmy się z lasu. 

Nigdy nie zapomnę tego, co stało się potem z moim koniem i ze mną: w chwili gdy minęłyśmy leśną ścieżkę, przez polanę przetoczyła się cicha fala energii nadchodzącej ze strony szałasu medycyny. Ta energia przetoczyła się przez mojego konia i przeze mnie jak fala. Wiem, że mój koń też ją poczuł, bo wyczułam, jak lekko odsunął się w bok od kierunku, z którego nadchodziła energia. Mój koń nie był przestraszony i ja też nie byłam, lecz ten przepływ energii, który nas oboje ogarnął, był niemożliwy do przeoczenia.

W tym doświadczeniu nie było nic przerażającego — to było tylko uczucie, które popłynęło ku nam przez polanę i owinęło zarówno mojego konia, jak i mnie w sposób, jakiego nigdy wcześniej nie doświadczyłam; w tej fali energii nie było ani niepokoju, ani napięcia — po prostu była, pędząc ku nam i otaczając nas niesamowitym poczuciem spokoju i dobrostanu. Pamiętam, że ułamki sekund po tym doznaniu szybko odwróciłam się, żeby spojrzeć na minę osoby jadącej bezpośrednio za mną. Od razu widziałam, że ona też coś poczuła — ale czy był to ten sam przypływ emocji, który mnie uderzył, gdy wyjechałyśmy spośród drzew? Spojrzała na mnie, gdy obróciłam się w siodle, i zapytałam, czy przed chwilą coś poczuła. Tylko na mnie spojrzała i skinęła głową — tak, ona też poczuła jakieś niezwykłe doznanie, choć u niej nie sięgnęło ono tak głęboko do duszy. 

Nikt inny w sznurze nie poczuł tego wybuchu energii, choć wszyscy mówili, że ogarnęło ich niezwykłe poczucie spokoju i uważności. Jakiej niesamowitej mocy promieniowały na zewnątrz osoby zebrane w szałasie medycyny — nie wiem na pewno. Wiem jednak, że poczułam się niewymownie błogosławiona, mogąc doświadczyć czegoś tak przejmująco świętego i przytłaczająco duchowego. Przez długi czas po tym zdarzeniu towarzyszyło mi poczucie pokoju i wdzięczności.

Gdy po tej przejażdżce wróciłyśmy do kwatery, podeszłam do właścicielki rancza, żeby podzielić się z nią moim doświadczeniem. Wiedziałam, że zrozumie to, czemu ja sama nie potrafię znaleźć słów. Późnym popołudniem przyszła do mnie i powiedziała, że Uzdrowicielka chce się ze mną spotkać. Pamiętam, że wszystko to wydawało mi się nierealne, a zarazem napełniało mnie takim spokojem — ta kobieta miała dokładnie wiedzieć, czemu ja sama nie umiałam dać wyrazu; uczucie duchowości, które spłynęło na mnie jak oczyszczający tonik.

Spotkałyśmy się w jadalni; była drobną kobietą emanującą aurą siły i dobroci, która zdawała się promieniować z jej duszy. Wstałam, gdy cicho weszła do sali i wzięła moją dłoń w obie swoje dłonie. Patrzyła głęboko w moje oczy, mówiąc mi spokojnie i znacząco, że miałam poczuć tę energię dokładnie w tej chwili, gdy do mnie dotarła. Powiedziała mi, że jestem bardzo głęboką duszą i że duchy wybrały mnie na odbiorczynię oczyszczającego strumienia, który mnie przepłynął. Gdy do mnie mówiła, łzy same ciekły mi po policzkach. Wiedziałam w tamtej chwili, że jestem bliżej duchowości, niż byłam kiedykolwiek w swoim życiu. Pamiętam, jak dziękowałam jej za to, że przyszła do mnie, by uznać to dobro, które — jak gdzieś w głębi wiedziałam — tamtego dnia mnie spłynęło. Potem po prostu odwróciła się i odeszła, i więcej jej już nie widziałam. 

Kilka tygodni po tym cudownym weekendzie zapytałam jedną z moich drogich przyjaciółek — kogoś, kto razem ze mną przeżywał trudności małżeńskie — czy pojadłaby ze mną rano na ranczo. Wiedziałam, że gdy ceremonie w szałasie medycyny dobiegną końca, lud Stoney opuszcza szałas i pozwala mu powrócić do ziemi, a materiały użyte do jego budowy stopniowo, za sprawą wiatru i pogody, wracają do lasu i otwartej przestrzeni wokół. Wiedziałam też, że w opadających ścianach i gałęziach dachu tkwi niesamowita moc.

Poprosiłam właścicielkę rancza o pozwolenie, by moja przyjaciółka i ja mogły wejść do świętego szałasu, którego ceremonialne zadanie zostało wypełnione i który był teraz opuszczony. Zaplanowałyśmy, że dojdziemy do szałasu piechotą, a nie konno, i właścicielka powiedziała, że możemy tam iść, o ile będziemy zachowywać się z szacunkiem przy wejściu i wyjściu.

Rozmawiałyśmy swobodnie, idąc w stronę polany w lesie. Wokół nie było innych ludzi, żadnych rozproszeń, które mogłyby odciągnąć nas od naszej wizyty w szałasie. Gdy szałas pojawił się w zasięgu wzroku, widziałyśmy, jak gałęzie, które tworzyły niegdyś dach, powoli się rozpadają i wracają, by pokryć otaczającą go ziemię. Do gałęzi dachu przywiązane były też małe kawałki materiału, które cicho poruszały się z ruchem powietrza. Zanim którakolwiek z nas przekroczyła próg szałasu, obie złożyłyśmy w sobie obietnicę szacunku, który byłyśmy gotowe okazać temu miejscu. 

Nie przemówiłyśmy do siebie ani razu po wejściu do szałasu — nawet mimo otwartości dachu nad nami, wokół panowała ogromna moc. Każda z nas usiadła spokojnie w wybranym przez siebie miejscu, a potem obie zanurzyłyśmy się w swoich własnych myślach, pozwalając pięknej energii szałasu medycyny unieść ciężar indywidualnych trosk, które każda z nas nosiła w sercu.

Nie wiem, jak długo trwałyśmy w tym transowym stanie ducha, ale jakby jednocześnie wiedziałyśmy, kiedy nadszedł czas, by opuścić otulające nas fałdy szałasu. Nie mówiłyśmy nic. Gdy zaczęłyśmy wstawać, ogarnęło nas poczucie, jakbyśmy zostawiały za sobą cudownie ciepły koc, który owijał nas ochronnym komfortem. Nie odezwałyśmy się do siebie, dopóki nie byłyśmy prawie z powrotem przy kwaterze głównej, a gdy w końcu przemówiłyśmy, obu nam kręciły się łzy w oczach. A jednak obie czułyśmy jakiś spokój. Nigdy nie rozmawiałyśmy o tym, co się wydarzyło — po prostu w milczeniu uznałyśmy obecność pokoju i ukojenia, których szałas medycyny tamtego dnia nam obydwu udzielił.

Utrata przyjaciela

Myślę o tym od wielu tygodni, ale nie mogłam znaleźć sposobu, by rozpocząć tę Podróż. Jak oddać należną sprawiedliwość przyjaźni, która była mi tak droga przez ponad 20 lat? 

Każdy z nas musi w pewnym momencie zmierzyć się ze stratą; niektórzy doświadczają tego wcześniej niż inni, lecz w końcu wszyscy utracimy kogoś, kto jest nam bardzo bliski.

Śmierć nie jest jedynym sposobem, w jaki doświadczamy utraty kogoś bliskiego, jednak pozostaje stratą, z której nie ma powrotu. Nie ma takiego przeproszenia, które naprawia utratę przyjaciela wskutek nieporozumienia czy zdrady; nie ma rozmowy, która przywróci przyjaźń zniszczoną przez gniew lub niefortune okoliczności; nie ma takiego bólu, przez który można by znaleźć siłę, by przetrwać i ocalić niegdysiejszą przyjaźń. Śmierć pozostawia żywych jedynie ze wspomnieniami czegoś, co kiedyś było, a czego już nigdy nie będzie. To, jak kroczymy naprzód z tymi wspomnieniami po utracie przyjaciela przez śmierć, należy do najbardziej prywatnych przeżyć wewnętrznych, jakich ktokolwiek może doświadczyć. Oni nigdy nie odchodzą, trwają tacy, jakimi zechcemy ich pamiętać; ten piękny uśmiech, brzmienie ich śmiechu, ich troskliwość, miłość, którą dzielili się z nami jako przyjaciele. W pamięci naszego umysłu mamy białe płótno, które możemy wypełnić dowolnymi przeżyciami; wspomnieniami, które zmieniają się w czasie, gdy nasze życiowe priorytety ewoluują przez lata. Przychodzi taki moment, kiedy próbujemy wyobrazić sobie, jaki byłby teraz ten przyjaciel, gdyby wciąż był w naszym życiu. Jakich wspaniałych przygód doświadczylibyście razem, jakie przełomowe chwile odcisnęłyby piętno na waszych wspólnych wspomnieniach na zawsze. To są właśnie owe prywatne, wewnętrzne odczucia, z którymi każdy z nas się zmaga, przepracowując stratę przyjaciela. Oni nigdy nas nie opuszczają, lecz nasza pamięć o nich przemyka przez wieki przeżyć, które dzieliliśmy i ceniliśmy razem. Nikt nie może nam tego zabrać.

Donna była właśnie taką przyjaciółką — cenioną, kochaną, niezatartą. 

Poznałam Donnę, gdy przeprowadziłam się do Calgary z Vancouver. Szukałam pracy, gdy mój mąż i ja urządzaliśmy się w nowym życiu w Calgary, a Sears właśnie zatrudniał pracowników na niepełny etat. Sklep znajdował się w odległości spaceru od domu, który wynajmowaliśmy, i wiedziałam, że praca wyrwie mnie z czterech ścian i pozwoli zastanowić się, co chcę dalej robić.

W czasie, gdy przyjęłam tę pracę na część etatu, Sears uchodził za jedną z najlepszych firm oferujących programy szkoleń menedżerskich w Kanadzie. Ich model kształcenia był podziwiany przez wiele dużych przedsiębiorstw, więc gdy podeszły do mnie z propozycją udziału w Programie Szkoleń Menedżerskich, poczułam się niesamowicie. Oczywiście rzuciłam się na tę okazję i zaczęłam szkolenie z wielkim entuzjazmem wobec przyszłości. To właśnie po ukończeniu szkolenia i objęciu swojego pierwszego Działu jako menedżerka poznałam Donnę. Donna pracowała w Sears od wielu lat, zanim tam trafiłam, lecz od samego początku ciążyłyśmy ku sobie. Donna pomogła mi stać się taką menedżerką, jaką miałam się stać — nawet gdy sama po raz pierwszy obejmowała stanowisko kierownicze. Jej dobroć, cierpliwość i zamiłowanie do życia należały do jej najbardziej ujmujących cech.

Donna i ja pracowałyśmy razem w Sears przez wiele lat i stałyśmy się bardzo bliskimi przyjaciółkami. Donna była w rzeczywistości matką chrzestną obojga moich dzieci, które nazywały ją Ciocią Donną. Gdy więc wpadłam na pomysł zorganizowania Damskiego Weekendu Wyjazdowego w Rafter Six Ranch, to właśnie Donna i ja wprowadzałyśmy te plany w życie — i to również Donna i ja kontynuowałyśmy jazdę konną w Rafter Six Ranch każdego sezonu, wraz z moją córką, przez bardzo, bardzo wiele lat.

Czas, który nas trzy łączyły wspólne przejażdżki po Kananaskis Country, należy do moich najszczęśliwszych wspomnień. Czasem jechałyśmy tylko we trójkę, ale nieraz byłyśmy częścią dużej grupy, którą ranczo prosiło nas, byśmy zabrały na przejażdżkę konną szlakami wijącymi się wokół Rafter Six Ranch. Donna, moja córka i ja uwielbiałyśmy dzielić swój entuzjazm dla tego pięknego plenerowego miejsca z każdą osobą, z którą jeździłyśmy. Po każdej przejażdżce wracałyśmy z poczuciem spokoju i zadowolenia, bez względu na to, jak się czułyśmy, wyjeżdżając — i można być pewnym, że nas trzy miałyśmy uśmiech od ucha do ucha, gdy zmierzałyśmy do restauracji w głównym budynku Rafter Six Ranch. Siadanie do sytego posiłku było niemal zawsze naszym sposobem na zakończenie konnych przygód. W dni, gdy szlaki wciągały nas na dłużej niż się spodziewałyśmy, i tak znajdowałyśmy chwilę, by usiąść i wypić razem kawę lub herbatę — chwilę na refleksję nad cudowną przygodą, którą właśnie przeżyłyśmy razem na łonie natury, wołającej nas za każdym razem, gdy odwiedzałyśmy ranczo.

W budynku głównym zawsze starałyśmy się usiąść w boksie przy dużych oknach wychodzących na Mount Yamnuska. Stamtąd roztaczał się najlepszy widok na zagrody i stajnie, ale też zapierający dech widok na góry, który urzekał nas wszystkie za każdym razem, gdy siadałyśmy, by go podziwiać. Zawsze towarzyszył nam smutek na myśl, że nasza ostatnia przygoda znowu dobiega końca i wkrótce wrócimy do samochodu, by ruszyć ku codzienności — tak odległej od sielskiego życia, które mogłyśmy tylko przelotnie glimpsować za każdym razem, gdy przyjeżdżałyśmy do Rafter Six Ranch. Lecz wiedziałyśmy też, że niebawem znów ruszymy na zachód, z dala od miasta, ku kolejnemu wspaniałemu dniu jazdy konnej i ku towarzystwu, które z każdym mijającym rokiem stawało się dla nas coraz cenniejsze.

Jeśli zdarzyło nam się wrócić z przejażdżki później w ciągu dnia, bywałyśmy niekiedy świadkami czegoś, co na ranczu miało miejsce każdego dnia po południu — przepędzania koni. Właśnie wtedy wranglowie odprowadzali wszystkie konie z dziennych stajni, gdzie stały podczas zaplanowanych przejażdżek, na nocne pastwisko, gdzie konie spędzały wieczory, odpoczywając i pasąc się na sianie rozkładanym dla nich codziennie. Za każdym razem, gdy wiedziałyśmy, że wranglowie będą przepędzać konie, Donna, moja córka i ja przyklejałyśmy się do okna, patrząc, jak ponad 30 koni pędzi pełnym galopem w stronę bramy prowadzącej na nocne pastwisko. Oczekiwanie, które wyczuwałyśmy u koni, w połączeniu z majestatycznym widokiem tylu swobodnie galopujących zwierząt, nigdy nam się nie nudziło — cieszyłyśmy się każdym przepędzaniem koni i właśnie wtedy nas trzy zaczęłyśmy marzyć o tym, by może pewnego dnia móc dołączyć do wranglerów i na własne oczy doświadczyć niesamowitej euforii, którą — byłyśmy pewne — muszą oni odczuwać, przeganiając stado przez pole. Stało się to dla nas obsesją; łaknęłyśmy dnia, gdy właściciele Rafter Six Ranch dadzą nam zielone światło, byśmy mogły przepędzać konie razem z wranglerami. Nie wiedziałyśmy, czy to kiedykolwiek nastąpi, ale samo marzenie o tym było czymś niesamowitym!

Przemieszczać tak wiele koni, z pełną prędkością, gdy galopują ku końcowi pracowitego dnia, wiedząc, że wolność pastwiska i odpoczynku jest już tak blisko; wibrujące uderzenia kopyt grzmocące po polu; majestat koni z rozwianymi grzywami i ogonami na tle Mount Yamnuska — nie ma nic bardziej zapierającego dech niż te kilka chwil pędu. Tak bardzo pragnęłyśmy doświadczyć bycia częścią tych kilku chwil; wymarzonego wspomnienia, za którym tęskniłyśmy przez wiele sezonów na ranczu.

Nigdy nie sądziłyśmy, że uda nam się tego doświadczyć. Ryzyko upadku pośród tylu galopujących koni przywołuje obrazy, których właściciele z pewnością nie chcieli oglądać — niebezpieczeństwo było zbyt wielkie. Lecz pewnego dnia jedna z właścicielek podeszła do naszego stolika w głównym budynku, gdy cieszyłyśmy się towarzystwem na zakończenie kolejnej wspaniałej przejażdżki. Rozmawiała z nami swobodnie o naszej dzisiejszej przygodzie, gdy cicho powiedziała, że szuka kogoś chętnego do przepędzania koni tego dnia. Pamiętam, jak Donna i ja błyskawicznie wymieniliśmy spojrzenie ponad stołem, próbując sobie nawzajem potwierdzić, że dobrze usłyszałyśmy. Spojrzałyśmy na nią i powtórzyłyśmy jej słowa — że szuka chętnych do przepędzania koni. Jej uśmiech mówił wszystko, a my zerwałyśmy się z miejsc tak szybko, że jestem pewna, iż talerze na stole musiały zadzwonić.

Byłyśmy ogromnie podekscytowane, ale jednocześnie przerażone. Podczas tej przejażdżki nie było miejsca na błędy — musiałyśmy zachować zimną krew i upewnić się, że konie wiedzą, iż panujemy nad sytuacją. Konie wyczuwają strach i niepewność swoich jeźdźców, a musiałyśmy pamiętać, że konie, na których miałyśmy jechać, były równie niecierpliwe, by dostać się na nocne pastwisko co reszta stada — z tą różnicą, że konie służące do przepędzania stada nie trafiają wtedy na nocne pastwisko; ich zadaniem jest doprowadzenie pozostałych koni przez bramę i zamknięcie ich w środku. Musiałyśmy być stanowcze, musiałyśmy panować nad sytuacją i nie mogłyśmy spaść!!! Strasznie się martwiłam o moją córkę — mimo że była już wówczas doświadczoną amazonką, wciąż była jeszcze młodą dziewczyną i gdyby wypadła z siodła, konsekwencje były dla mnie jako matki przerażające. Wiedziałam jednak, że nie mogę jej pozbawić tego przeżycia. To miała być przejażdżka raz w życiu — jaka matka chciałaby odmawiać córce czegoś takiego? Pojechałyśmy więc wszystkie trzy.

Ja osobiście nigdy nie zapomnę tego niesamowitego doświadczenia. Jeśli nigdy nie widziałeś stada koni galopujących swobodnie, być może tego nie rozumiesz — ale jeśli widziałeś, wyobraź sobie, jak to jest być częścią tej euforii, dać się porwać czystej radości, która ogarnia stado koni pędzących ku wieczornemu wypasowi i odpoczynkowi. Jazda konna sama w sobie jest niesamowitym doznaniem, lecz uczestnictwo w przepędzaniu koni to coś niemal niemożliwego do opisania. To był rush emocji wszystkich naraz, przeżytych wspólnie przez nas trzy — i każda z nas wiedziała, że coś takiego prawdopodobnie już się nigdy nie powtórzy. To było błogie.

Gdy wróciłyśmy potem do budynku głównego, wszystkie miałyśmy łzy w oczach, gdy z uściskami i słowami wdzięczności podchodziłyśmy do właścicielki — za to, że pozwoliła nam doświadczyć czegoś, czego niewielu ludzi zdoła zaznać w swoim życiu. Nigdy więcej nie sugerowałyśmy, że chciałybyśmy przepędzać konie — jeden raz wystarczył, by zaspokoić tęsknotę, którą wszystkie trzy żywiłyśmy za udziałem w tych niesamowitych chwilach życia na ranczu.

Z biegiem czasu, gdy nasze życia potoczyły się różnymi drogami, dni jazdy konnej w Rafter Six Ranch niestety powoli wyblakły z naszego życia. Donna i ja oczywiście pozostałyśmy przyjaciółkami, lecz z czasem rodziny się zmieniają, obowiązki się różnicują, a dawne hobby wędruje do wspomnień zamiast do tygodniowych kalendarzy. Wyprowadziliśmy się z Calgary do Turner Valley, co dodało do naszej relacji odległość przestrzenną — Donna i ja nie mogłyśmy już spontanicznie umówić się na szybki lunch, wszystko wymagało wcześniejszego planowania. Mimo to Donna i ja byłyśmy związane więzią przyjaźni pełnej wspaniałych wspomnień i wspólnych doświadczeń. I wtedy nadeszła wiadomość, której nikt nie chce usłyszeć — Donna zachorowała na raka piersi.

Nigdy wcześniej nie doświadczyłam, by bliska przyjaciółka zachorowała poważnie, a Donna zawsze była tak pełna życia i miłości. Jakoś nie mogłam w to uwierzyć. Jednak tak było, i gdy wszyscy oswajaliśmy się z tym, co choroba Donny znaczyła dla wszystkich ludzi w jej życiu, ponownie uczyniłam Donnę priorytetem w swoim życiu — bez względu na dzielące nas kilometry. I tak znalazłam się przy mężu Donny i jej mamie w dniu, gdy Donna trafiła na mastektomię. Byłyśmy wszystkie bardzo poważne, gdy odprowadzano Donnę na zabieg, lecz jednocześnie chciałyśmy mocno trzymać się nadziei, że uda się usunąć raka bez żadnych śladów jego rozprzestrzenienia na inne obszary ciała. Oczekiwanie było nieznośne — żadna z nas nie mówiła, po prostu czekałyśmy, każda pogrążona we własnych myślach.

Wystarczył sposób, w jaki lekarz szedł w naszą stronę — wiedziełyśmy, zanim zdążył cokolwiek powiedzieć. Gdy lekarz poprosił męża Donny, by odszedł z nim na bok, patrzyłam, jak mama Donny chowa twarz w dłoniach, a my nie mówiłyśmy nic — tylko wyciągnęłam rękę i położyłam dłoń na jej ramieniu. Chciałam tylko, żeby wiedziała, że w tej chwili nie jest sama. Potem mąż Donny wrócił ku nam — znowu bez słów, sam wyraz jego oczu mówił nam wszystko, co chciałyśmy wiedzieć. Wstałam i wzięłam go w ramiona, gdy jego powściągliwość runęła — był złamany wiadomością, że rak Donny przerzucił się do węzłów chłonnych; to nie było dobre. 

Program leczenia Donny obejmował serie chemioterapii. Byłam przy niej; to ja towarzyszyłam jej i jej rodzinie w pierwszym dniu, słuchałam, jak onkolog tłumaczył nam wszystkim, co będzie się działo. Donna postanowiła, że to ja będę osobą, która zawiezie ją na pierwszy zabieg chemioterapii. Donna nigdy nie chciała w żaden sposób obciążać swojej rodziny — była silna, da radę przez to przejść, potrzebowała tylko mnie przy sobie, byśmy razem przeżyły to pierwsze doświadczenie. Grałyśmy w karty, gdy lek chemioterapeutyczny powoli wnikał w jej żyły przez wenflon. Wewnątrz trzęsłam się ze strachu, ale musiałam być silna dla Donny. Jak zawsze, znajdowałyśmy rzeczy, z których mogłyśmy się wspólnie śmiać, dzieliłyśmy się zabawnymi historiami z pielęgniarkami, które przychodziły sprawdzić, jak Donna się czuje. Pamiętam, że wydawało mi się, iż całkiem dobrze udaję, że wszystko jest w porządku — tak bardzo chciałam być silna dla Donny. Jednak gdy pierwszego dnia chemioterapii dotarłyśmy do Centrum Onkologicznego im. Toma Bakera i wjeżdżałam na parking wielopoziomowy, pobrałam bilet z automatu, który podniósł szlaban — i nie zorientowałam się, że próbuję przejechać pod szlabanem, zanim osoba przede mną skończyła wyjeżdżać; nie była jeszcze moja kolej, ale pojechałam. Szlaban opadł na dach mojego samochodu i utknęłyśmy. Właściwie nas to rozśmieszyło, ale przypomniało mi też boleśnie, jak bardzo byłam roztrzęsiona i nieuważna. Nigdy czegoś takiego nie zrobiłam. Musiałyśmy czekać, aż pracownik parkingu przyjedzie uwolnić mój samochód. Na szczęście ani samochód, ani szlaban nie ucierpiały — tylko moja duma. Donna wiedziała, dlaczego tak się stało, ale po prostu śmiałyśmy się z tego, jakby to była kolejna przygoda, którą razem przeżywamy.

Z czasem wiele przyjaciółek i członków rodziny Donny na zmianę towarzyszyło jej podczas zabiegów chemioterapii. To był ciężki czas dla nas wszystkich, którzy znali i kochali Donnę. Byłyśmy jednak przekonane, że sobie z tym poradzi — tak jak jej determinacja i niezachwiana miłość do życia pomagały jej przez wszystko, co ją spotykało. Donna dołączyła do grupy wsparcia dla Ocalałych z Raka Piersi, co sprawiło, że nie byłam już przy Donnie tak blisko jak dawniej. Nie chodzi o to, że te osoby ją przejęły — chodziło o to, że mogły one bezpośrednio rozumieć, przez co Donna przechodzi. Nadal spotykałyśmy się i spędzałyśmy razem miłe chwile, ale nigdy już nie było tak jak dawniej.

Donna regularnie odwiedzała onkologa w trakcie leczenia, lecz pewnego dnia, po wizycie u lekarza, Donna zadzwoniła i poprosiła, żebyśmy spotkały się na lunch. Wiedziałam, że coś jest nie tak, ale wiedziałam też, że muszę pozwolić Donnie robić wszystko po swojemu.

Spotkałyśmy się na lunch w centrum handlowym Chinook Centre, na górnym poziomie w food courcie. Zjadłyśmy razem lunch i choć Donna miała przy sobie torbę z zakupami, nie przywiązywałam do tego wagi. Gdy spotykasz kogoś w ruchliwym centrum handlowym, często przychodzi wcześniej i robi trochę zakupów przed spotkaniem. Śmiałyśmy się przy jedzeniu, lecz wyczuwałam, że coś nad nami wisi. Szanowałam Donnę na tyle, by nie wdzierać się w jej myśli, zanim nie będzie gotowa, by się nimi ze mną podzielić. Lunch dobiegł końca i rozchodziłyśmy się w różne strony — zaparkowałyśmy na różnych poziomach centrum, ja szłam w dół ruchomymi schodami, Donna zostawała na górnym poziomie. Uściskałyśmy się — i poczułam, że ten uścisk był inny, mocniejszy niż zwykle, a potem Donna podawała mi torbę, z którą przyszła, powiedziała do widzenia i odwróciła się. Zaczęłam odchodzić i wsiadłam na pobliskie schody ruchome. Wtedy zerknęłam do środka torby. W torbie była kartka w kopercie, a pod nią pudełko chusteczek higienicznych — wiedziałam… wiadomość była zła. Tylko Donna wpadłaby na pomysł, żeby dołożyć pudełko chusteczek; wiedziała, że po przeczytaniu kartki będę zdruzgotana. Pamiętam, że szybko spojrzałam z powrotem na górny poziom, wciąż stojąc na ruchomych schodach i potykając się, by utrzymać równowagę — Donna stała przy barierce i patrzyła na mnie z góry; płakała, widziałam jej łzy. Czułam się rozerwana od środka — w tętniącym życiem centrum handlowym byłam zupełnie sama, gdy powoli zmierzałam do swojego samochodu. Wiedziałam, że muszę przeczytać kartkę, wiedziałam, że Donna nas opuszcza, wiedziałam, że moje życie już nigdy nie będzie takie samo.

Rak przerzucił się do kości — nie był już tylko w węzłach chłonnych Donny; to był koniec. Kartka to mi wyjaśniała i rozumiem, dlaczego Donna podała mi torbę, gdy odchodziła — wiedziała, że obie by się załamały, tam, w środku tego ruchliwego centrum handlowego. A jednak nawet w tej chwili Donna nie myślała o sobie i o strasznej wiadomości, którą jej przekazano, bo pod kartką i pudełkiem chusteczek Donna włożyła pudełko moich ulubionych czekoladek — jej sposób na powiedzenie tak wiele bez słów: życie toczy się dalej, otrę łzy i nadal będę cieszyć się moimi czekoladkami. Trzy drobne rzeczy w torbie, a jednak tak symboliczne w swojej prostocie. Donna była rzadkim przyjacielem.

Obserwowanie, jak zdrowie Donny pogarszało się od tamtego dnia, było bardzo bolesne. Podobnie jak rozpadanie się dynamiki jej rodziny. Donna była spoiwem, które trzymało wszystkich razem, i żadne z nas nie wiedziało, jak sobie poradzi bez niej. Jej dwaj synowie byli już wtedy dorosłymi ludźmi, jeden z nich żonaty i mający własne dzieci, a mimo to Donna była ogniwem łączącym wszystkich. Mama Donny wprowadziła się do jej domu, by być przy córce.

Matura mojej córki przypadła na czas pogarszającego się zdrowia Donny — choć wszyscy pragnęliśmy, by była na uroczystości, żadne z nas nie wiedziało, czy da radę się tam pojawić. Ale się pojawiła! Nie wiem, jak się tam dociągnęła, uśmiechnięta jak zawsze, ale dała radę. Moja córka wręczyła jej różę w ramach ceremonii; ja również dostałam jedną. Wiem, że ten jeden gest znaczył dla Donny niezmiernie wiele. Cieszę się ogromnie, że udało jej się podzielić tą chwilą ze swoją chrześnicą. 

W miarę jak stan zdrowia Donny coraz bardziej się pogarszał, nadszedł czas, gdy Donnę przeniesiono do hospicjum. Jakoś jej rodzina i ja weszłyśmy w codzienny rytm — przyjeżdżałam po mamę Donny i razem jechałyśmy do hospicjum. Zaraz po przyjeździe mąż Donny, który nocą czuwał przy jej boku, wychodził do domu wziąć prysznic i może trochę się przespać. Późnym popołudniem przyjeżdżał najstarszy syn Donny po pracy i wtedy ja wychodziłam, a mama Donny zostawała z wnukiem. Gdy wracał mąż Donny, on zostawał, a wszyscy pozostali wychodzili. Tak żyłyśmy przez kilka dni. Donnę wprowadzono w farmakologicznie indukowaną śpiączkę, ponieważ cierpiała na ogromny ból spowodowany licznymi złamaniami wywołanymi przez raka szerzącego się w kościach. Każdego dnia, gdy wychodziłam, podchodziłam do Donny, brałam ją za rękę i szeptałam, że wychodzę, ale przy niej są inni bliscy — nigdy nie zostawiałyśmy jej samej w pokoju. Żadna z nas w zasadzie nie mówiła, gdy tam byłyśmy; każda z nas oswajała się z tym, jak będzie wyglądało życie bez Donny.

Pewnego dnia, gdy wyszłam, z jakiegoś powodu pojechałam prosto do domu i usiadłam przy komputerze. Postanowiłam napisać mowę pogrzebową dla Donny. Gdy następnego dnia wróciłam do hospicjum i mąż Donny przyszedł po spędzeniu czasu w domu, szykowałam się właśnie do wyjścia, gdy po cichu powiedziałam mu, że napisałam mowę pogrzebową dla Donny. Powiedziałam mu, że nie wiem, czy tego chce, ale jeśli kiedykolwiek będzie jej potrzebował, byłabym zaszczycona, mogąc ją odczytać na cześć Donny. 

Tego dnia, gdy wychodziłam, poszłam do Donny, jak zawsze, i pochyliłam się, żeby szepnąć jej coś do ucha. Tym razem jednak wiedziałam, że już nigdy więcej nie będę mogła z Donną porozmawiać. Wzięłam jej dłoń w swoje i przez ciche łzy powiedziałam Donnie, że może już teraz odejść, jeśli tego chce. Powiedziałam jej, że jej rodzina jest gotowa i że wszyscy zrobili wszystko, co było do zrobienia, by ułatwić jej odejście. Wiem, że to brzmi szaleńczo, ale przysięgam, że Donna uśmiechnęła się do mnie tamtego dnia — tylko mały uśmiech, lecz jedno wiem na pewno: ścisnęła moją dłoń. Mówiła swoje ostatnie pożegnanie i dziękowała mi za wszystko, co zrobiłam, by jej odejście było łatwiejsze dla wszystkich. To był ostatni raz, gdy widziałam Donnę — następnego dnia odeszła.

Późnym popołudniem następnego dnia odebrałam telefon od synowej Donny. Powiedziała, że mąż Donny chce ze mną porozmawiać i podała mu słuchawkę. Powiedział tylko tyle, że jeśli nadal jestem chętna, chciałby, żebym wygłosiła mowę pogrzebową na pogrzebie Donny. Przez cały czas rozmowy trzymałam się mocno i powiedziałam mu, że będzie dla mnie zaszczytem. Odłożyłam telefon i rozpadłam się na kawałki.

Jestem pewna, że gdzieś zachowałam kopię mowy pogrzebowej, ale od tamtej pory było wiele komputerów temu, jeszcze przed erą chmurowego przechowywania dokumentów. Gdzieś wśród wielu pudeł nazbieranych przez lata i przeprowadzki musi być wydrukowana kopia, ale nie udało mi się jej znaleźć na czas, by zamieścić ją tutaj.

Pogrzeb odbył się w Rafter Six Ranch. Donna tak bardzo pragnęła pozostać częścią tych pięknych wspomnień, które dzieliłyśmy przez tyle lat wspólnych przejażdżek. Kilka lat przed śmiercią Donny w Rafter Six Ranch wybudowano kaplicę i to właśnie w tym nowym budynku odprawiliśmy nabożeństwo. Siedziałam z jej mamą z boku, z przodu. To miejsce było zarezerwowane wyłącznie dla rodziny, a mnie uważano za jej część. Bardzo się bałam, że nie zdołam się opanować podczas czytania słów, które napisałam kilka tygodni wcześniej, ale udało mi się przez nie przebrnąć. Gdy wróciłam na swoje miejsce, mama Donny wzięła moją dłoń i uśmiechnęła się do mnie. Nie puściła mojej dłoni aż do końca nabożeństwa.

Gdy wszyscy powoli zaczęli opuszczać kaplicę — rodzina i ja na czele — zobaczyłam, że właścicielka Rafter Six Ranch przyprowadziła konia, na którym zawsze jeździła Donna, pod schody kaplicy. Prowadziła konia w pełnym rzędzie, a na siodle spoczywał kowbojski kapelusz Donny. Na naszych oczach zaczęła powoli zdejmować kapelusz i rzędy z konia. Poczułam, jak włosy stają mi dęba, gdy dotarło do mnie, co właścicielka zamierza zrobić. Gdy koń był już całkowicie odsedłany, poczułaś coś w ziemi — był to niski pomruk, a po nim piorunujący grzmot… zamierzali przepędzić konie tuż przed kaplicą. 

Była to jedna z najbardziej duchowych chwil w moim życiu — wiedziałam, że Donna jest tam razem z nami, patrzy z zachwytem, jak stado koni wyłania się za rogiem i wspina się pod górę w stronę kaplicy. Wranglowie prowadzący stado przeprowadzili je wszystkie prosto przed schody kaplicy, a właścicielka puściła konia Donny wolno… Wtedy krzyknęłam z całych sił: „JEDŹ, DONNA, JEDŹ Z WIATREM!", nawet gdy łzy płynęły mi po twarzy, niekontrolowane; nawet gdy duch Donny odlatywał, by biec z końmi.

Nie było suchego oka wśród nikogo, kto był świadkiem tej niezwykłej chwili. Surowa emocja, która tam panowała, w połączeniu z wibrującym uderzeniem galopującego stada koni, była jedną z najpiękniejszych rzeczy, jakie kiedykolwiek widziałam i jakie pewnie kiedykolwiek zobaczę. Cóż za piękny sposób, by pożegnać na zawsze kogoś tak wyjątkowego i tak niepowtarzalnego.

Donna — niech jedziesz wciąż naprzód, tak jak odcisnęłaś swój ślad na każdym z nas, którzy mieli przywilej cię znać. Znowu przepędziłaś konie, moja droga przyjaciółko, tylko tym razem będziesz żyć wiecznie, pośród piękna otaczającego ranczo i wpisana na zawsze w majestatyczny pochód stada koni biegnących swobodnie. 

Budzenie lotniska

Zdjęcie: Jason Ivey 2020

Kontynuuj moją podróż od początku lub przeczytaj poprzedni rozdział zatytułowany „Utrata przyjaciela".

Stawiając czoła naszym lękom

Fala miłości, wsparcia i modlitw, które spłynęły na mnie i moją rodzinę, wzruszyła mnie do łez. Dziękuję wszystkim za to, że w tych niepewnych czasach oderwaliście się od własnych rodzin i własnych trosk, by życzyć nam wszystkim jak najlepiej. Robimy, co możemy, by zachować zdrowie, czekając na wyniki testu na COVID-19. Nie wiem, co poczujemy, gdy je otrzymamy. Jeśli wynik będzie pozytywny — czy poczujemy ulgę, że jakoś przetrwaliśmy tę niezbadaną burzę? Jeśli okaże się negatywny — czy będziemy się jeszcze bardziej niepokoić, bo nasz układ odpornościowy jest już osłabiony? Czy którykolwiek z tych wyników uśmierzy kaszel, który nadal wstrząsa moim ciałem, gdy moje płuca zmagają się z nieznanym najeźdźcą, a moja córka z trudem łapie każdy oddech, bo astma — ta jej dożywotnia towarzyszka — znowu przejmuje władzę nad jej ciałem?

Wszyscy stajemy teraz w obliczu największego wyzwania naszego życia, lecz wierzę, że to, jak odpowiedzieliśmy sobie nawzajem w tych trudnych chwilach, będzie rezonować przez nadchodzące miesiące. Świadomość, że są ludzie, którzy każdego dnia wstają i idą na pierwszą linię frontu, by twarzą w twarz zmierzyć się z tym niszczycielskim bestialstwem, musi dawać nam wszystkim nadzieję na przyszłość. 

Tak wielu ludzi chce teraz na kogoś albo na coś się gniewać, lecz proszę tych ludzi: spójrzcie wokół siebie i zobaczcie na własne oczy tych, którzy po cichu biorą na siebie wszystko, co rzuca im los — a mimo to trwają, z godnością, z hartem ducha i z hojnością. Tych, którzy wolne dni od pracy wykorzystują na to, by stać się aniołami dostaw, przywożąc niezbędne artykuły spożywcze i produkty pierwszej potrzeby tym, którzy albo nie mają środków, by się utrzymać, albo nie mogą wychodzić z powodu nakazu samoizolacji. Sąsiadów i znajomych, którzy wzięli sprawy w swoje ręce, pomagając tym objętym kwarantanną, którzy nie mogą wyjść po podstawowe artykuły. Pilotów i załogi lotnicze, które wciąż przewożą ludzi tam, gdzie na świecie muszą dotrzeć. Pracowników lotnisk umożliwiających realizację lotów. Ekipy sprzątające, które nadal się starają. Lekarzy, pielęgniarki i innych pracowników ochrony zdrowia, którzy niestrudzenie pracują za kulisami, czyniąc wszystko, co w ich mocy, by odeprzeć najcięższe przypadki tego niszczycielskiego wirusa. Kierowców ciężarówek i kurierów, którzy pracują długo po zakończeniu swoich regularnych godzin pracy, by zaspokoić potrzeby nas wszystkich. Pracowników sklepów spożywczych i restauracji, którzy wciąż zapewniają nam zaspokojenie najbardziej podstawowej potrzeby — jedzenia. I wszystkich niezliczonych innych ludzi, którzy pracują wtedy, gdy reszta z nas nie może.

To czas, któremu nic w naszej żywej pamięci nie dorównuje. Weterani wojenni wśród nas lepiej rozumieją, czym jest ten strach i ten chaos; miliony uchodźców zmuszonych do opuszczenia swoich domów, swojego środowiska utrzymania, porzucenia wszystkich znajomych wspomnień — znają ten rodzaj lęku; ludzie żyjący w nędzy i bezdomni, zmagający się z codzienną niepewnością, są oswojeni z niepokojem, który ten wirus wywołał. A jednak większość z nas po prostu odwróciła się plecami do tych weteranów strachu, tych wojowników niepewności, przypisując im jakąś niższość, postrzegając ich jako przestarzałych, nieistotnych lub w jakiś sposób obcych naszemu doświadczeniu; myślimy, że tego rodzaju niepewność nie może przebić murów, które wznieśliśmy wokół siebie i naszych rodzin; że nie dosięgnie menedżerów żyjących z owoców swojej ciężkiej pracy i poświęcenia, które zapewniło im wszystko, czego pragną w życiu. Musimy jednak uzmysłowić sobie, że ta bestia nie dba o to, skąd pochodzimy ani kim jesteśmy. Wszyscy jesteśmy podatni na jej szpony i kły — już sama myśl o zarażeniu sieje strach w naszych sercach i umysłach. 

A jednak są na świecie ludzie, którzy wciąż nie są gotowi dostrzec spustoszenia, jakie ta bestia sieje za sobą; jakby sama nieustępliwość mogła być tarczą przed nawałnicą niepewności, z którą wszyscy się zmagamy. Ludzie nadal gromadzą się w tłumach, nadal wyskakują, by kupić rzeczy, bez których nagle nie mogą żyć — choć powinni już być lub już są objęci nakazem samoizolacji — narażając jeszcze więcej osób, gdy egoistycznie realizują własne interesy lub potrzeby, głusi na krzyczące ostrzeżenia płynące z krajów, które nie potraktowały wybuchu epidemii poważnie lub nie zareagowały wystarczająco szybko. Czy ci ryzykanci potrafią spojrzeć swoim dzieciom w oczy i powiedzieć im, że świadomie wychodzą na publiczne miejsca, narażając innych ludzi — wiedząc, że niektórzy z tych narażonych mogą nie dożyć spotkania ze swoimi rodzinami? Wszystko po to, by kupić coś, co sami uznali za niezbędne, bez względu na koszty i wszelki rozsądek. Czego potrzeba, by wszyscy wzięli się w garść? Jakiego poziomu strachu musi doświadczyć twój własny umysł, zabyś zdał sobie sprawę, że środki podejmowane przez rządy nie zostały podjęte pochopnie? 

Proszę, szanujcie prawdy, które są wykrzyczane z najwyższych szczebli władzy, gdy kraje usiłują ocalić swoich obywateli. Włochy błagają świat, by wyciągnął wnioski z ich błędów, zanim inne kraje jeszcze głębiej pogrążą się w szponach tej bestii. Ludzie umierają — oto skutek niedbałego myślenia.

Kto by przypuszczał, że za naszego życia przyjdzie nam toczyć taką rozmowę? Rzeczywistość ogólnoświatowej pandemii była dotąd domeną fikcji lub złych snów. Nagle jednak eksplodowała na światowej scenie, domagając się naszej uwagi — całej naszej uwagi, nie tylko tych, których bestia zdążyła już dotknąć, tocząc się bezlitośnie po planecie. 

Kilka dni temu przyjaciel napisał do mnie SMS-a, że ma wrażenie, jakby to był koniec świata. Nie dosłownie, ale w przenośni. Odpisałam mu, że osobiście sądzę, iż ta sytuacja zmieni nasze postrzeganie świata od tej chwili na zawsze. Wrzucenie wszystkich do jednego tygla człowieczeństwa musiało w pewnym momencie przynieść konsekwencje. To była tylko kwestia czasu, nim pula zarazków ze wszystkich krajów świata zmieszała się w sposób, który mógł wywołać pandemię.

Podróżowanie jest dziś tak łatwo dostępne dla wszystkich (przed zamknięciem granic na całym świecie), że wszyscy musimy zdać sobie sprawę, iż właśnie ta swoboda przemieszczania się — tak szybkiego, w dowolne miejsce na ziemi — jest tym, co może sprawić, że staniemy w obliczu wirusa takiego jak ten, z którym się teraz zmagamy.

Smutne, że musieliśmy dojść do tego punktu, zanim ludzie uświadomili sobie, że podstawowa higiena jest kluczem do naszego zdrowego bytowania. Czy ludzie po prostu nie myli rąk przed tym wszystkim ani nie sprzątali swoich domów? To sprawia, że zastanawiam się, jak ludzie żyją na co dzień. Czyż nie mówimy od lat, że powszechnie używane przedmioty wspólne — jak wózki sklepowe, koszyki zakupowe, pojemniki na lotniskach, wózki bagażowe, poręcze, przyciski w windach, klamki do drzwi czy drzwi kabin toaletowych, żeby wymienić tylko kilka — są nosicielami zarazków na najwyższym poziomie? A jednak, nawet gdy przyznawaliśmy ten fakt, nic z tym nie robiono. 

Nagle słyszymy o bohaterskim sprzątaniu, które ma miejsce teraz, gdy COVID-19 rozpętał swoją furię na światowej scenie. Dlaczego sprzątanie stało się nagle bohaterskie? To poziom sanityzacji przestrzeni publicznych, który powinien być realizowany każdego dnia — zwłaszcza w tych miejscach, gdzie zbiegają się ludzie z całego świata: na lotniskach, dworcach kolejowych, terminalach autobusowych i w wielkich przestrzeniach publicznych miast. Gdy szaleństwo związane z wirusem COVID-19 opadnie, czy stare praktyki po prostu wrócą do tego, czym były? Czy przestrzenie publiczne znowu nie będą otrzymywać należnej im codziennej uwagi sanitarnej? Trudno mi pojąć, że jawne lekceważenie wszystkiego, czego ta pandemia nas dotąd nauczyła, znowu zepchnęłoby zdrowy rozsądek pod brudne powierzchnie, których wszyscy dotykamy w swoim codziennym życiu.

A jednak, nawet w obliczu tej całej niepewności i strachu, zachowuję nadzieję w rodzaj ludzki. Wiemy, co musimy robić, by nasza planeta i my sami pozostawali zdrowi i mogli trwać. Czy posłuchamy tego światowego ostrzeżenia?

I gdy świt pozwala słońcu ponownie rozlać swe promienie światła i ciepła na ziemię, żywię pragnienie, by świat nadal jednoczył się w sposób, który podniesie nasze serca na duchu, ukoi nasze umysły i tchnąć w nasze dusze nadzieję oraz odnowę. 

Gdy kroczymy naprzód w nieznane, użyjmy wspólnie — jako rodzaj ludzki — siły, hartu ducha, dobroci, hojności, nadziei i miłości, by wykuć tarczę, którą możemy wznieść tak wysoko, jak sięgną nasze ramiona i jak wytrzymają nasze umysły — by chronić i wzmacniać naszą determinację, by nie tylko przetrwać, lecz przetrwać godnie: dla siebie, dla naszych rodzin, a przede wszystkim — dla siebie nawzajem.

Już nie uciekam przed deszczem

Jest w zamknięciu coś oczyszczającego — w byciu uwięzionym w przestrzeni własnego domu, w podążaniu za codzienną rutyną w wysiłku, by dotrzeć do następnego dnia. Niepewność tych czasów to coś, czego żadne z nas się nie spodziewało ani nie zapraszało, a jednak wylądowała na tej planecie i zabrała całą normalność, którą wszyscy żyliśmy, lub żyliśmy nią do czasu, gdy uderzyła pandemia. Wszyscy słyszeliśmy te słowa — że będziemy musieli zdefiniować „nową normalność" idąc naprzód. Są ludzie, którzy krzyczą skąd tylko mogą, że wystarczy się otworzyć, jakby sam akt otwarcia miał zostawić za sobą wszystko, przez co świat musiał przejść przez te długie miesiące samoizolacji; lekcje płynące z pandemii można nagle zepchnąć na bok, w gorliwości, by objąć ramionami to, co było. Ale tego ranka uświadomiłam sobie, że dzieje się tu coś większego — coś, co rozgrywa się w każdym z nas. Wystarczy, że zrobimy ten pierwszy krok i przyznamy, że w tym czasie izolacji świat się zmienił, nasze światy się zmieniły, ale przede wszystkim — zmieniło się coś w głębi naszych własnych dusz.

Nie patrzę na siebie tak samo jak w marcu, choć wiedziałam, że nadchodzi zmiana. Decyzja o przejściu na częściową emeryturę była czymś, co chciałam przyjąć z otwartymi ramionami, ale wiedziałam, że gdy będę pracować nad zdefiniowaniem swojej nowej normalności, coś w moim wnętrzu również będzie musiało się zmienić. Przejście do pracy bardziej dostosowanej do moich fizycznych możliwości zdecydowanie wchodziło w grę, lecz oczywiście wszystko to zmieniło się, gdy COVID-19 uderzył nas z boku. Twarda rzeczywistość kazała KAŻDEMU z nas nagle zbadać, kim jesteśmy w głębi siebie — sięgać głęboko, by wydobyć na wierzch siłę, o istnieniu której niektórzy z nas nawet nie wiedzieli. Wkraczanie w obszary tworzenia, kontemplacji, refleksji, planowania, radzenia sobie, żałoby, oswajania się z nowością świata, o której niewielu z nas sądziło, że kiedykolwiek będzie musiało w ogóle myśleć.

Obszary, z którymi wszyscy musieliśmy się teraz zmierzyć, wydobyły na powierzchnię naszego jestestwa wiele dodatkowych emocji: rozpoznawanie prawd o sobie i naszych rodzinach, o ludziach, których trzymaliśmy blisko jako przyjaciół, o ludziach, którzy nas zdradzili, zranili, o ludziach, których my zdradziliśmy, zraniliśmy, kochaliśmy, straciliśmy. Tak wiele głębokich emocji wypływa na powierzchnię w tempie, które bywa przerażające ze względu na szybkość, z jaką mogą nas dosięgnąć. Ze wszystkich stron trzeba podejmować nowe decyzje, zawierać kompromisy, zmieniać rutynę, przekształcać styl życia. Każda z tych rzeczy, połączona z emocjami, które niesie, może być przytłaczająca, jeśli pozwolimy, by pochłonęła nas nasza własna niepewność i zagubienie w kwestii kolejnego kroku.

W pewnym sensie czuję się szczęściarą, że pandemia uderzyła wtedy, kiedy uderzyła — właśnie w chwili, gdy miałam stanąć wobec nowych decyzji dotyczących akceptacji ograniczeń, jakie SM nałożyło na mnie fizycznie i emocjonalnie, oraz tego, jak zamierzam kontynuować swoje życie zawodowe. Próba znalezienia czegoś spełniającego, co mogłabym robić bez wyzbywania się całej energii w pracy, zostawiając sobie ledwie dość motywacji, by ruszyć się z miejsca w dni spędzane w domu — to było zniechęcające zadanie, które przed sobą widziałam, i takie, z którym czułam, że będę mierzyć się sama, w czterech ścianach własnej głowy. Ale nagle ogromna zmiana zachodziła na całym świecie, gdy ludzie przechodzili w stan samoizolacji i niepewności co do przyszłości. Nie byłam sama z tym dylematem — każdy na ziemi stawiał czoła tym samym ograniczeniom co ja, każdy z własnych powodów, każdy w swoich wyjątkowych okolicznościach; ale musieliśmy im stawić czoła, to nie jest już żaden wybór. Nie cieszę się, że pandemia nadeszła — cieszę się tylko z tego, że jej przybycie uświadomiło mi, że nie jestem sama ze swoimi lękami i obawami o przyszłość; wszyscy czuli to samo. Jakoś sprawiło mi to ulgę — świadomość, że nie jestem sama, że inni ludzie badają swoje życie dokładnie w tym samym czasie, gdy ja badałam swoje. Niepewność, strach, refleksja, planowanie, radzenie sobie, żałoba — świat rezonuje wibracjami wszystkich mieszkańców ziemi rozważających dokładnie te same kwestie, z którymi myślałam, że będę się mierzyć w samotności. 

Właśnie dlatego przez jakiś czas nie pisałam — czułam się jakoś samolubna, chcąc pisać o swoich lękach dotyczących własnej przyszłości w czasie, gdy cały świat stał wobec dokładnie tych samych obaw. Czy moje lęki były choć trochę bardziej realne niż lęki kogokolwiek innego? Jak mogłam przez to przebrnąć i wyjść z czymś w rodzaju lekcji dla siebie, albo z czymś, czym chciałabym się podzielić, co udało mi się wyciągnąć z całego otaczającego nas chaosu. I wtedy tego ranka przyszło mi to z taką jasnością, że o mało się nie potknęłam o własne nogi, pędząc do komputera, by zacząć zapisywać gonitwę swoich myśli.

Jeśli nigdy w życiu nie doświadczyłeś zdrady, być może będziesz musiał mi trochę pobłażać. O większości moich zdrad jeszcze nie pisałam i nie sądzę, by teraz był na to odpowiedni moment, ale chcę, żebyś zrozumiał idąc dalej — jaki wpływ zdrada może mieć na twoje życie i jakie decyzje musisz podejmować w wyniku tego, że jej doświadczyłeś. To właśnie za sprawą zdrady w miejscu pracy trafiłam na moją ostatnią pracę — pracę, która dała mi poczucie wolności, jakiego nigdy wcześniej w życiu nie zaznałam. Z ciemności rodzi się światło — te słowa nie mogłyby lepiej pasować do okoliczności, które doprowadziły mnie do przemyśleń tego ranka.

Nigdy nie pracowałam w środowisku, gdzie wymagany jest mundur. Mój strój przez całe życie był czymś, z czego byłam bardzo dumna. Zawsze chciałam prezentować się jako osoba zadbana w sposób, który mówił o profesjonalizmie, dumie, poczuciu własnej wartości. Nie że zawsze tak się czułam, ale przez lata odkryłam, że jeśli ubierzesz się do roli, rola staje się łatwiejsza — a przynajmniej tak mi się zdawało.

Moje włosy zawsze stanowiły problem, odkąd w ogóle pamiętam cokolwiek. Przez całe życie mam niesforne, naturalnie kręcone włosy i przez całe życie skrupulatnie usiłowałam okiełznać ten chaotyczny gąszcz żyjący na szczycie mojej głowy. Mówi się, że większość osób z kręconymi włosami marzy o prostych (co w moim przypadku jest prawdą), a osoby z prostymi włosami pragną kręconych. Nasz świat pozwolił nam wszystkim przyjąć dowolny styl fryzury, bo zawsze jest jakiś produkt albo urządzenie do włosów, które da ci mniej więcej to, za czym tęsknisz: trwała ondulacja, by uzyskać loki, prostownica, by ujarzmić kędziory, lokówka, by osiągnąć fale. Po prostu zdecyduj, jak chcesz wyglądać, i voilà — możesz zbliżyć się do swoich wizualnych pragnień wobec własnych włosów.

Kilka lat temu nagła potrzeba szukania nowej kariery pojawiła się znikąd i do dziś każe mi kręcić głową w osłupieniu. Wiedziałam, że chcę czegoś zupełnie innego od tego, co robiłam, i czułam spełnienie, wiedząc, że przeprowadziłam swoją karierę nauczycielską z lat w klasie do lat w sali konferencyjnej — był więc jakiś powód do dumy. Wiedziałam też, że chcę być bardziej aktywna, więc gdy moja córka zaproponowała, żebym ubiegała się o stanowisko oficera kontroli bezpieczeństwa na Międzynarodowym Lotnisku Calgary, postanowiłam: czemu nie.

Znalezienie się w sali z ponad setką osób szukających zatrudnienia, a następnie uświadomienie sobie, że wszyscy są od ciebie młodsi o co najmniej trzydzieści, czterdzieści lat, może być bardzo otrzeźwiające. W takim momencie mało ważne jest, co masz na sobie i jak wyglądają twoje włosy — liczy się zdanie testów, z którymi wszyscy się zmierzali. Bez pomyślnego zdania testów tamtego dnia kolejne kroki nie byłyby możliwe.

Pamiętam, jak zaczynałam kolejne etapy ubiegania się o pracę oficera kontroli bezpieczeństwa — cały czas myślałam, że nie mam żadnych szans w porównaniu ze wszystkimi tymi młodszymi ode mnie ludźmi. Wszyscy byliśmy w dużej sali i w miarę jak przechodziliśmy przez kolejne testy, byliśmy proszeni o wyjście z sali, podczas gdy testy były sprawdzane na bieżąco. Następnie wzywano nas z powrotem do dużej sali i odczytywano jedynie nazwiska tych, którzy zdali. Znowu rozejrzałam się po sali na wszystkich tych młodszych ludzi i z pewną dozą przekonania wiedziałam, że moje nazwisko nie zostanie wywołane. Z tą myślą w głowie usłyszałam, jak ktoś mówi: „Linda" — ale nawet nie podniosłam wzroku, bo byłam tak pewna, że to nie może być o mnie. Dopiero gdy padło moje nazwisko, uświadomiłam sobie, że to ja; zdałam najtrudniejszy test i przejdę teraz do kolejnego spośród kilku etapów rekrutacji.

To dało mi poczucie pewności siebie, którego prawdopodobnie potrzebowałam. Ani przez chwilę nie myślałam, że mam jakiekolwiek szanse w rywalizacji z kandydatami do pracy, których tamtego dnia widziałam wokół siebie. Teraz przyglądałam się, jak osoby, których nazwiska nie zostały wywołane, zbierają swoje rzeczy i wychodzą z sali. Moja nowa podróż się rozpoczęła.

Kilka dni po testach i drugim rozmowie kwalifikacyjnej zadzwonił do mnie telefon z pytaniem, czy chcę zostać Pre-Cert na lotnisku. To stanowisko pozwala pracować na ograniczonej liczbie pozycji na punkcie kontroli, podczas gdy czeka się na wydanie federalnego poświadczenia bezpieczeństwa lotniczego. To tylko stanowisko w niepełnym wymiarze godzin i trzeba zapewnić sobie własne czarne spodnie i białą koszulę, ale byłam gotowa. To było jedyne, co się dla mnie liczyło w tamtym momencie — dostałam pracę. 

Gdy moje lotniskowe poświadczenie bezpieczeństwa w końcu nadeszło, zostałam przydzielona do klasy wraz z siedmiorgiem innych osób, które pomyślnie przeszły wstępne testy i rozmowy kwalifikacyjne. Przy końcu tygodni szkolenia następuje w końcu moment, gdy zostaje ci wydany mundur certyfikowanego oficera kontroli bezpieczeństwa. Jakim honorem wydawało mi się to osiągnięcie, szczególnie że nadeszło w momencie mojego życia, gdy nie wiedziałam, w którym kierunku chcę podążać ani jakiej dziedzinie zatrudnienia chcę poświęcić swoje energie. Znalazłam swoje miejsce.

Wiele można powiedzieć o ujednolicającym aspekcie noszenia munduru. Nagle stajesz się częścią czegoś większego niż ty sam — w tak wizualnym i psychologicznym sensie. Naprawdę cieszyłam się z tego, że nie musiałam trudzić się decyzją, co założyć, łącznie z akcesoriami, butami i — jak zawsze w moim przypadku — nieuchronną decyzją o fryzurze.

Stare powiedzenie: „Nie widać lasu zza drzew". Zastanawiam się, czy nie moglibyśmy go zaktualizować do: „Nie widzisz lasu, dopóki nie wrócisz do domu i nie udostępnisz zdjęć lasu w mediach społecznościowych". Nagle byłam częścią tej ogromnej operacji, ramię w ramię z ludźmi ze wszystkich środowisk, o wszystkich stylach życia, religiach i w różnym wieku — i aktywnie uczestniczyłam w tym wszystkim! Wkrótce po ukończeniu szkolenia zostałam zaproszona, wraz ze wszystkimi absolwentami mojej klasy, do dołączenia do zamkniętej grupy w mediach społecznościowych przeznaczonej wyłącznie dla oficerów kontroli bezpieczeństwa na Lotnisku Calgary. Wow — byłam częścią czegoś tak wielkiego i tak zmieniającego życie, a stałam się częścią tej grupy nie przez zmianę wyglądu ani przyjęcie wyjątkowego stylu ubioru, lecz wręcz przeciwnie: przez potwierdzające ograniczenia munduru, który dokładnie określał, co będziesz nosić do pracy obok wszystkich innych oficerów kontroli bezpieczeństwa pracujących na Lotnisku Calgary. Jakie to było dla mnie niesamowite uczucie.

A potem dzielenie się doświadczeniami w sieci poprzez naszą zamkniętą grupę w mediach społecznościowych — zdjęciami naszych przygód i ludzi z naszego życia. Widziałam las! Byłam jego częścią!  Ta rozległa sieć ludzi z całego świata, z którymi pracowałam każdego dnia. Pracowaliśmy ramię w ramię, dbając o bezpieczeństwo pasażerów, przeprowadzając ludzi przez punkt kontroli, wykonując swoje przeszkolone stanowiska. Razem wszyscy dzieliliśmy się historiami i poznawaliśmy się nawzajem, rozumiejąc, co to znaczy być częścią tej niesamowitej planety. Może nie miało znaczenia, że mam kręcone włosy.

Każdego ranka, wstając w godzinach przed świtem, przechodziłam przez rytuał rozkładania elementów munduru tak, by po prysznicu wystarczyło mi po prostu podążać za kolejnością ubrań rozłożonych wokół łóżka. Znajdowałam prawdziwy spokój w tym rytuale, wiedząc, że niczego nie zapomnę, że będę wyglądać profesjonalnie, i mentalnie przygotowywałam się na kolejny dzień, w którym miałam być częścią ogromnego mechanizmu umożliwiającego pasażerom odlot w kierunku jakiegokolwiek miejsca na świecie, do którego tamtego dnia zmierzali.

Ale nadal był problem z moimi włosami… Nadal czułam się zmuszona przechodzić przez rytuał prostowania moich niesfornychloków, bo nadal czułam — na jakimś poziomie — że to wszystko jest częścią profesjonalnego wizerunku, który chciałam prezentować. Moja fryzura była w moich oczach integralną częścią profesjonalizmu i dopiero gdy pandemia uderzyła i nagle profesjonalizm przestał być częścią mojej codziennej rutyny, uświadomiłam sobie wreszcie, że przez całe życie — w zasadzie — oszukiwałam samą siebie. 

Dlaczego tak bardzo jesteśmy pochłonięci wizją tego, jak „powinniśmy" wyglądać, zamiast po prostu przyjąć to, jacy jesteśmy? Mam niesforne, naturalnie kręcone włosy i walka z nimi przez całe życie nagle wydała mi się tak dziwna i zbędna. Ale musieliśmy przeżyć pandemię, żebym doszła do tego wniosku? Wow.

Wtedy zdałam sobie sprawę, że nie mogę być jedyną osobą, którą wymuszona izolacja skłoniła do refleksji nad sobą — nie tylko nad tym, co jest ważne w naszym życiu, ale i nad tym, co mogliśmy ukrywać o sobie w pogoni za dopasowaniem się.

Jestem zaskoczona, że sam mundur nie sprawił, że zaczęłam dostrzegać, iż zawsze martwiłam się o swoje włosy i ich wygląd; byłam częścią morza umundurowanych oficerów kontroli bezpieczeństwa zaludniających Lotnisko Calgary każdego dnia. Dlaczego fryzura miałaby zmieniać to, kim naprawdę jestem? Ale dla mnie robiła różnicę — właśnie dlatego codziennie przechodziłam przez te rytuały, by przybliżyć się do wyobrażenia mentalnego, które przez całe życie kształtowałam w sobie, po to, by — we własnym mniemaniu — osiągnąć profesjonalny wygląd, którego zawsze szukałam.

Patrzę na to teraz zupełnie inaczej i widzę w tym to, czym — jak sądzę — w moim przypadku naprawdę było: byłam niepewna siebie i tego, jak jestem postrzegana przez otaczający mnie świat. Ale po przeżyciu pandemii, która kazała wszystkim przemyśleć wszystko o sobie i o tych wokół nich, doszłam wreszcie do wniosku, że wygląd zewnętrzny — coś, co postrzegałam jako tak nadrzędnie ważne — ma bardzo niewiele wspólnego z tym, kim naprawdę jesteśmy. To, jak wchodzimy w interakcję ze światem, nasz poziom dawania siebie, ludzie, którymi się otaczamy, wartości, którymi się kierujemy, lojalność, jaką obdarzamy innych, miłość, którą jesteśmy gotowi dzielić — oto prawdziwe miary tego, kim jesteśmy w głębi siebie.

Odnalazłam wewnętrzny spokój i akceptację siebie w najbardziej niezwykły sposób: wyruszając w podróż, której nigdy nie widziałam nadchodzącej, przekraczając największą zdradę, jakiej kiedykolwiek doświadczyłam; stojąc mocno i decydując się iść naprzód, przyjmując nową karierę, której nigdy nie uznałabym za możliwą, ucząc się kochać siebie za osobę, którą jestem. Jeśli to właśnie pandemia mi przyniosła, to czuję się błogosławiona w sposób, który trudno wyrazić słowami. 

A dla tych z was, którzy mają naturalnie kręcone włosy i wiedzą, co odrobina deszczu może zrobić z włosami, które z mozołem wyprostowałeś i ułożyłeś według swojej woli — po raz pierwszy w życiu nie unikam już deszczu.

Linda Villeneuve

Gawędziarka · Edukatorka

Ta podróż rozpoczęła się w grudniu 2019.
Historie wciąż się rozwijają.